Zrzut%2520ekranu%25202021-05-18%2520o%25

Mama wiedziała, czego dokonał mój wuj, Witold Pilecki. Pomagała mu podczas wojny i po jej zakończeniu. Była zaprzysiężona w Tajnej Armii Polskiej. Wiem, jak przeżywała to, że tak duża niesprawiedliwość spotkała go za życia i po śmierci. Nie mogła się z tym pogodzić, więc starała się ocalić jego pamięć. Dlatego warto poznać jej wspomnienia, napisane w latach osiemdziesiątych. Tak moja mama spisała swoje wspomnienia

Wspomnienia mojej mamy, Eleonory Ostrowskiej

Marek Ostrowski

Eleonora Ostrowska 1946 r. Fot. Zbiory M. Ostrowskiego

Wydarzenia drugiej wojny światowej 1959-1945, jej przebieg i zakończenie dotyczyły całego świata i jego losów. Wszystko to, co zdarzyło się czasie działań wojennych i po ich zakończeniu, było ściśle powiązane z przeżyciami i losem ludzi tamtego pokolenia. Polska broniąca się samotnie, walcząca z najokrutniejszym rozszalałym okrucieństwem niemieckim, ponosiła śmiertelne ciosy, ale walczyła nieustępliwie – kosztowało to miliony istnień ludzkich. Nic więc dziwnego, że wspomnienia tamtych lat ciągle wracają w postaci pamiętników, opisów, a choćby tylko opowiadań. Niektóre z nich są prawdziwie unikalnymi świadectwami do konywanych czynów, są nawet przyczynkami do poznania ówczesnych problemów nurtujących społeczeństwo polskie. Niektóre z nich pozwalaj stwierdzić, pewne fakty i stanowią wręcz wartość historyczną. Z tych materiałów, pisanych składniej lub nieudolnie, wyłaniają się również sylwetki ludzi tamtych dni, którzy sami brali udział w pewnych wydarzeniach, lub byli ich świadkami. Są to istotne przyczynki do poznania moralnych postaw ludzi lub całych grup, działających w tych jakże niełatwych czasach okupacji niemieckiej w Polsce.
Dziwny się wydaje fakt, że przez 36 lat po wojnie, w stosunku do niektórych wydarzeń zajmuje się postawę „milczenia”, szczególnie jeśli chodzi o sylwetki „nieuznawanych ludzi”, pomimo że mieli oni za sobą bohaterskie czyny. Niektóre tylko czasopisma (które poniżej wymienię) podały w dość skróconej i lakonicznej formie o czynach tych ludzi, bez podawania dalszych ich losów.
Zaginęli w niepamięci, ale tylko pozornie, bo żyją oni życiem utajonym we wspomnieniach, w pamięci ludzi jeszcze żyjących – ludzi świadków. Jeden taki „przypadek” zapomnienia dotyczy treści mojej relacji, którą postanowiłam napisać. Należę do pokolenia odchodzącego, zdecydowałam się więc w skromnym zakresie przyczynić się do pewnych uzupełnień i twierdzeń, podając te dobrze mi znane fakty. Spełniam tylko swój obowiązek w celu zachowania prawdy historycznej i umożliwienia sprawiedliwej oceny społecznej.
W 1959 i 1963 roku ukazały się opisy ucieczek z koncentracyjnego obozu niemieckiego w Oświęcimiu. Opisane ucieczki w tamtych warunkach były wyczynem bohaterskim. Niewiele było udanych ucieczek, jeżeli się nie mylę na około 600 zorganizowanych tylko około 200 było udanych. Opisy te były zwykłe podawane bez jakiejkolwiek genezy, nie podawano żadnych towarzyszących im aspektów, powodów, zamierzeń.
Ucieczka, którą opisuję, była też tak „fabularnie” ujęta. Pominięto również milczeniemnazwisko organizatora i uczestnika tego wyczynu rtm. Witolda Pileckiego. W dalszej części mej relacji podam tytuły wspomnianych publikacjach, w których znalazły się te opisy. W ucieczce z obozu w Oświęcimiu, dokonanej w kwietniu 1943 roku, brali również udział trzej dzielni ludzie, najmłodszy Edward Ciesielski liczył lat 20, starszy Jan Redzej, oficer rezerwy i najstarszy z nich, rtm. WP Witold Pilecki. Znałam wszystkich trzech, ale najlepiej Witolda Pileckiego. Pilecki był w Oświęcimiu pod nazwiskiem Tomasz Serafiński (nr oboz. 4859).
Moje wspomnienia dotyczą przede wszystkim Witolda Pileckiego. Mam podstawy do twierdzenia, że jeszcze do dziś nie zostały całkowicie ujawnione dokumenty dotyczące obozu w Oświęcimiu. Możliwe, że były one wykorzystywane w materiałach statystycznych jako dowody ludobójstwa, natomiast do szerokiego ogółu nie dotarły przykłady poświęcenia ludzi, którzy przeciwstawiali się moralnie hitlerowskiemu bestialstwu wobec bezbronnych więźniów. Wysiłki te zostały skrupulatnie opisane przez Witolda Pileckiego w jego pamiętniku-dokumencie, opracowanym po powrocie z Oświęcimia. Wartość tego pamiętnika została za granicą wysoko oceniona. Określono go jako dokument dużej wagi, zawierający szczegóły wydarzeń, daty, nazwiska wielu ludzi – więźniów oraz oprawców hitlerowskich. Wszystko to zostało opracowane przez Witolda z bardzo dużą precyzją, co potwierdzili byli więźniowie Oświęcimia, przebywający po wyzwoleniu w Polsce i poza jej granicami.
Na dalszych stronach opiszę jak podstępnie mi ten pamiętnik zabrano. Wracam do moich wspomnień – dotyczą one tylko kilku faktów związanych z działalnością Witolda Pileckiego. Witold urodził się 12 listopada 1902 r. w Ołońcu (prawidłowa data urodzin to 13 maja 1901 r. jednak sam Witold Pilecki podawał różne daty urodzin - przyp. red.) blisko granicy fińskiej, jako wnuk zesłańca po powstaniu w 1863 r.
Przed wojną znałam go mało – był szwagrem mojego męża. Wiedziałam, że wraz z żoną, Marią z domu Ostrowską, mieszkali w odzyskanym rodzinnym mająteczku Witołda w Sukurczach pod Lidą. Witold w dobie ogólnego w tym czasie kryzysu gospodarczego w Polsce, z wielkim trudem utrzymywał kawałek ojcowizny i borykał się z ciężką sytuacją ekonomiczną. Słyszałam, że byt społecznikiem, brał czynny udział w licznych organizacjach społecznych – rolniczych i młodzieżowych na swoim terenie.
Pierwszy raz zetknęłam się z nim po kapitulacji Warszawy w październiku 1939 roku. Po ostatniej bitwie gen. Kleberga pod Kockiem 5 października 1939 r. Witold nie poszedł do niewoli niemieckiej. Z grupą oficerów, między innymi z mjr. Janem Włodarkiewiczem, umówili się na spotkanie w Warszawie. Witold wiedząc, że mieszkałam z mężem w Warszawie przy Al. Wojska Polskiego 40, odszukał mnie pod tym adresem. Chcąc uwiarygodnić moją relację podaję, że już 9 listopada 1939 r. odbyło się w moim mieszkaniu zebranie organizacyjne Tajnej Armii Polskiej – TAP (patrz str. 2,3 publikacji „Tajna Armia Polska - Konfederacja Zbrojna 1939 – 1941”). Na czele tej organizacji stał mjr Jan Włodarkiewicz, rtm. Witold Pilecki, Jan i Stanisław Dangelowie – organizatorzy grupy konspiracyjnej studentów SGH. W tym czasie moje wiadomości o konspiracji były bardzo nikłe. Witold przyprowadzał do mnie różne osoby, które u mnie nocowały lub przebywały po parę godzin. Poznałam wówczas p. Janinę Pieńkowską z domu Dal Trocco ps. „Janinka Teresa”, z którą połączyła mnie głęboka przyjaźń, trwająca do ostatnich dni Jej życia – zmarła w 1978 roku. Przeżyłam we wrześniu 1939 r. obronę Warszawy z moją śp. Matką i małym synkiem, 1,5 rocznym Markiem. Ja sama po kapitulacji tak jak wszyscy borykałam się z trudnościami okupacyjnego życia, walcząc o przetrwanie. Mój mąż Edward, por. rezerwy 5 pułku Ułanów Zasławskich w Ostrołęce, został powołany do wojska w sierpniu 1939 r., brał czynny udział w wojnie wrześniowej. W końcowej fazie walk był w zgrupowaniu gen. Klebeerga i po bitwie pod Kockiem 5.X.1939 r. dostał się do niewoli niemieckiej.
W domu, w którym mieszkałam, Witold miał zakonspirowane lokum, zresztą nie tylko to jedno. Gdy mnie odwiedzał, zawsze był pełen wiary i nadziei na przyszłość. Pracował w konspiracji bardzo dużo i jak się potem okazało z dobrym skutkiem (1940 r. VI około 400 członków z art. Tydzień Polski rel. W. Szukiewicza z 1975 r.).
Często przychodził bardzo zmęczony i głodny, ale zawsze mówił o naszym zwycięstwie i nieuchronnej klęsce niemieckiej. Śmiejąc się powtarzał, że „sadzi drzewka”, jest ich coraz więcej i dobrze rosną. Nie przypuszczałam wówczas, że te żartobliwe słowa nabiorą kiedyś tak dużego znaczenia. Nie pytałam o szczegóły, czytając prasę konspiracyjną wiedziałam, że praca ta wymaga ścisłej tajemnicy. Często dyskutowaliśmy na różne tematy, nie tylko dotyczące bieżącej chwili, ale i przyszłości. Nigdy nie wyczulam w Witoldzie chęci posiadania jakiejś władzy, specjalnego dla siebie uznania lub podkreślenia własnych zasług. Całą swoją pracę w konspiracji traktował jako zwykłą powinność Polaka-żołnierza. Postępowanie Witolda było nieraz bardzo nieustępliwe i trudne do zrozumienia – nie lubił się ujawniać ze swymi myślami, często pokrywał milczeniem sprawy, które uważał za niepodlegające dyskusji.

Witold Pilecki i Eleonora Ostrowska w mieszkaniu na Żoliborzu lata 40. Fot. Zbiory rodziny Pileckich

Witold Pilecki i Eleonora Ostrowska w mieszkaniu na Żoliborzu lata 40. Fot. Zbiory rodziny Pileckich

Był osobowością ciekawą, o dużej wrażliwości, lubił malować, rysować, słuchać muzyki – sam grał na fortepianie. Natychmiast reagował na każdą ludzką niedolę, czego dowodem była pomoc, jakiej udzielał osieroconej rodzinie (ojciec zginął w wojnie obronnej wrześniowej). Sam nie mając wielkich materialnych możliwości, dzielił się tym, co miał. Jego cechą dominującą był żarliwy patriotyzm i związane z tym ogromne poczucie obowiązku wobec Ojczyzny – te cele były dla niego nadrzędne. Myślę, że cechy te w dużej mierze wykształciły się pod wpływem dziejów i czynów Jego przodków – był to ród żołnierski, w którym obowiązek spełniany w imię dobra Ojczyzny, był obowiązkiem podstawowym, wpajanym już od dziecka.
Matka Jego, jak sam mówił, uczyła go żarliwego przywiązania do wiary i wielkiej miłości do Ojczyzny. Na takich fundamentach ukształtowała się silna i bogata osobowość Witolda. Był człowiekiem czynu, nieustępliwym w swych zamierzeniach i wymagającym wiele od siebie i innych. Z łatwością się mobilizował i pokonywał trudności, szybko oceniał sytuacje, działał zdecydowanie z wielkim spokojem i odwagą. Miał po prostu instynkt wyczuwania zagrożenia niebezpieczeństwa. Są to nie tylko moje spostrzeżenia i oceny – takim go znali i cenili Jego współtowarzysze, koledzy i przyjaciele. W późniejszych rozmowach ze mną stwierdzali te charakterystyczne cechy Witolda. W swoim środowisku w różnych życiowych okolicznościach cieszył się autorytetem, uznaniem i szacunkiem. Tak ukształtowana osobowość, o takich dominujących cechach, w tych okrutnych bestialskich czasach okupacji niemieckiej nie mogła nie przeciwdziałać, musiała doprowadzić do tego, czego dokonał. Był na pewno konspiratorem z krwi i kości, co przyczyniło się w dużej mierze do pomnażania szeregów TAP.
Wiosną 1940 roku Niemcy zaczęli wywozić aresztowanych do Oświęcimia z Pawiaka i innych więzień. Dokładnego rozeznania o warunkach, jakie Niemcy stworzyli dla więźniów w tym obozie jeszcze nie było, ale mówiło się już, że są bardzo trudne, że więźniów głodzi się i traktuje brutalnie itd. W tym czasie aresztowano i wywieziono do obozu w Oświęcimiu kilku żołnierzy TAP.
W tej sytuacji konieczna było stwierdzenie, co dzieje się w tym obozie i jakie są możliwości pomocy albo ucieczki.
Witold w porozumieniu ze swymi władzami zgłosił sil dobrowolnie na przedostanie się do obozu w celu zebrania odpowiednich materiałów i dostarczenie ich Komendzie. Zaznaczył, że do realizacji tego zamiaru wykorzysta najbliższą odpowiednią okazję. Decyzja dokonania takiego czynu wymagała niewątpliwie niebywałej odwagi, a wykonanie – bohaterstwa. Dostarczone wiadomości o traktowaniu więźniów w obozie musiały być wiarygodne, gdyż celem ostatecznym było przekazanie wiadomości do Londynu. Drugim postawionym zadaniem było założenie organizacji podziemnej w celu umożliwienia w odpowiedniej chwili odbicia więźniów przy pomocy z zewnątrz. Wykonanie tych zadań wymagało zorganizowania udanej ucieczki Witolda z obozu. Zadania te zostały przez władz TAP zaakceptowane.
Oczywiście ja wówczas o tym wszystkim nie wiedziałam, ze zrozumiałych względów sprawę tę otaczała bardzo ścisła tajemnica. Wypadki, których byłam świadkiem, potoczyły się następująco:
Wcześnie rano 19 września 1940 roku Witold był w moim mieszkaniu (wyjaśniam, że w dotychczasowych opisach Witold ze względów konspiracyjnych nie podawał mojego adresu, skąd Go zabrano). Dozorca Jan Kiliański, zaprzysiężony żołnierz TAP, zadzwonił do mnie i oznajmił, że jesteśmy otoczeni przez mundurowych Niemców, którzy z każdego domu wyprowadzają mężczyzn i ładują na samochody. A więc to „branka” terrorystyczna. Pan Jan mówiąc to, podał Witołdowi duże możliwości uniknięcia branki – ucieczkę do nieobstawionej części Żoliborza przez przylegające do naszego domu ogródki, które nie były przez Niemców strzeżone lub ukrycia się w miejscowej kotłowni centralnego ogrzewania, która była już nieraz wypróbowaną kryjówką. Ku mojemu zdumieniu Witold propozycje te odrzucił i nie chciał nawet próbować ukryć się w moim mieszkaniu.
Po chwili do moich drzwi energicznie zastukano. Otworzyłam i w drzwiach stanął niemiecki żołnierz – zapytał „kto tu mieszka?” Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż w tej chwili z pokoju wyszedł Witold. Niemiec nie legitymował go. Witold ubrał się i żegnając się ze mną szepnął „zamelduj, gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem”. Niemiec Witolda wyprowadził. Byłam osłupiała, czegoś nie mogłam zrozumieć. Wydawało mi się, że w tym tragicznym wydarzeniu jest coś dziwnego. Ochłonąwszy spojrzałam przez okno i zobaczyłam odjeżdżające załadowane samochody. W krótkim czasie udałam się pod znany mi adres i wykonałam polecenie Witołda, przekazując niezrozumiale dla mnie słowa.
Jednoczenie prosiłam o ratowanie Witolda przez wykupienie go, co w takich okolicznościach czasami się udawało. Oczywiście to nie wchodziło w rachubę, a dlaczego, dowiedziałam się znacznie później. W niedługim czasie zaczęły do mnie przychodzić pisane przez Witolda listy z Oświęcimia. Przypominam, że listy z obozów musiały być pisane na specjalnych drukach i po niemiecku. Początkowo treść ich była zawsze jednakowa, lakoniczna, że „Ciocia czuje się dobrze jest zdrowa i wszystkich pozdrawia”. Po jakimś czasie w listach znalazły się jakieś dziwne sformułowania, że „Ciocia sadzi drzewka, które dobrze rosną”.

Uliczna łapanka na Żoliborzu 1941 r. Fot. Wikipedia

Uliczna łapanka na Żoliborzu 1941 r. Fot. Wikipedia

winietka_Rakowiecka37.png

Oczywiście skojarzyły mi się moje poprzednie z Witoldem rozmowy. Już wiedziałam, co znaczą „sadzone drzewka”. W tym czasie sama już należałam do konspiracji (od 1941 r.) i w związku z tym przekazywałam te wiadomości moim zwierzchnikom przez mgr. Edwarda Bairda ps. „Skiba” (Delegatura Rządu) oraz Janeczce z TAP-AK. W jednym z listów otrzymałam taką wiadomość: „Ciocia złamała rękę i nie będzie pisać i wy też nie piszcie”. Było to, jak się później okazało, ostrzeżenie przed projektowaną przez Witolda ucieczką z Oświęcimia. Ucieczka ta została zrealizowana w kwietniu 1943 roku. Był to brawurowy wyczyn trzech więźniów (pisałam o nich na początku), precyzyjnie przygotowany i wykonany. Na temat tej ucieczki ukazała się relacja w odcinkach w 1959 r. w „Chłopskiej Drodze” pt. „Ucieczka skazańców”, w 1963 r. w odcinkach w „Tygodniku Kulturalnym” i może jeszcze gdzieś krótkie wzmianki. Natomiast nie znajdujemy nigdzie żadnych publikacji podających ten fakt w szerszym ujęciu, podając motywację tej ucieczki, która nie była tylko chęcią ratowania własnej skóry, lecz była realizacją planu i wykonaniem konkretnego zadania. O tym wszystkim było głucho, czyżby to nie zasługiwało na uwagę?
Sprawa ta ma nieco głębsze podłoże. Zatajenie jej ma konkretną przyczynę, której nie można tłumaczyć niewiedzą. Dalsza moja relacja wyjaśni, że nawet wzmianka podająca motywy tej ucieczki odsłoniłaby całą sprawę na niekorzyść ówczesnych „znaczących osób”. Poza tym nasuwałoby się niebezpieczne pytanie: co dalej z tymi ludźmi i jakie były ich losy?
Teraz właśnie napiszę, co było dalej. Pominę dokładny opis udanej ucieczki, jej przygotowanie i przebieg zawarty jest w wydanej przez Wydawnictwo Literackie - Kraków w 1968 roku książce pt. „Wspomnienia Oświęcimskie” Edwarda Ciesielskiego – najmłodszego uczestnika ucieczki. Szczegółowe wydarzenia są w tej publikacji potraktowane rzeczowo, czyta się ją z dużą ciekawością, a wstrząsające przeżycia pozwalają ocenić ten odważny czyn.
Wracam do mojej relacji: Witold po ucieczce i pobycie pod Krakowem (skąd już miałam wiadomości) zjawił się u mnie w Warszawie pewnego dnia na początku września 1943 roku. Natychmiast przystąpił do realizacji końcowego etapu wykonywanych zadań. Opracowane i odpowiednio udokumentowane meldunki dotyczące dokonywanych zbrodni ludobójstwa w obozie oświęcimskim przez hitlerowskich zbirów zostały przekazane przez władze konspiracyjne polskiemu rządowi w Londynie.
Dzięki tak dokładnej i wiarygodnej relacji cały świat mógł się dowiedzieć, czym jest naprawdę obóz w Oświęcimiu i jak okropna zbrodnia wobec całego świata była tam dokonywana. Zostały również dostarczone władzom konspiracyjnym odpowiednie meldunki o zorganizowaniu ruchu oporu na terenie obozu – jako Związku Organizacji Wojskowej, z określeniem programu działania w warunkach obozowych i w chwili wyzwolenia. Materiały te były złożone Komendzie Głównej Armii Krajowej. Fakt dostarczenia materiałów jest mało znany, gdyż osobiście pośredniczyłam w jednym z takich kontaktów – przekazywania odpowiednich materiałów. W opinii władz konspiracyjnych projekt odbicia więźniów Oświęcimia w istniejących warunkach był niemożliwy do zrealizowania.
Witold po powrocie w dalszym ciągu pisał pamiętniki, szyfrując numerami nazwiska członków Związku Organizacji Wojskowej (ZOW), powstałej na terenie obozu – jak też nazwiska tych łudzi, którzy odznaczyli się wspaniałą postawą i bohaterskimi czynami, które w tym piekle na ziemi, jakim był Oświęcim, nie były łatwe i wymagały niebywałej odwagi i poświęcenia.
Wykazy nazwisk zaszyfrowanych numerami w pamiętniku Witolda były przechowywane w Ożarowie pod Warszawą, zakopane w oznaczonym miejscu. Zawiozłam je razem z Witoldem.
Po Powstaniu Warszawskim usiłowałam dowiedzieć się, co się z tymi dokumentami stało, niestety nie mogłam ich odnaleźć, a zbyt intensywnych poszukiwań nie można było prowadzić, ponieważ zmienili się właściciele tej posesji.
Dalsze dzieje Witolda były takie, jak wielu Polaków – ściśle zawiązane z tym, co nakazywała sytuacja. Nieustępliwa walka z okupantem przy szalejącym terrorze i nadzieja bliskiego rozrachunku.
Praca w konspiracji znów całkowicie pochłonęła Witolda. Wybuch Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 r. zastał mnie na Starym Mieście, a Witold, jak się później dowiedziałam, walczył w Zgrupowaniu Chrobry II. W czasie akcji w Alejach Jerozolimskich został ciężko ranny Edward Ciesielski ps. „Ewa” – jeden z trójki uciekinierów z Oświęcimia. Rana była poważna i koniecznie należało go operować, a następnie przewieźć do szpitala. Przy tym spotkaniu z Witoldem „Ewa” dowiedział się, że trzeci towarzysz ucieczki, kpt. Jan Redzej ps. „Józef Ostrowski”, zginął w ataku na WIG.
Po upadku Powstania Warszawskiego „Ewa” uciekł ze szpitala i udało mu się wrócić w swoje rodzinne strony na kielecczyznę, tam nawiązał kontakt z Batalionami Chłopskimi i tak doczekał końca wojny (patrz „Wspomnienia Oświęcimskie” str. 179).
Po upadku Powstania znalazłam się w Ożarowie u swoich przyjaciół i tam widziałam Witolda na czele oddziałów powstańczych AK – zamieniłam z nim zaledwie kilka słów. Niemcy zgrupowali powstańców z Warszawy na terenie fabryki kabli z Ożarowie. Następnego dnia udałam się z przedstawicielką Czerwonego Krzyża Heleną Flassilier na teren tego obozu, niosąc jedzenie i cywilne ubranie, chcąc Witoldowi ułatwić ucieczkę. Niestety, wszyscy oficerowie zostali w nocy wywiezieni do Niemiec. Urwał się w ten sposób mój kontakt z Witoldem. Ja tymczasem całą moją energię skierowałem na odszukanie mojego małego synka, który w czasie powstania był na Żoliborzu, po jego upadku został wywieziony przez Prusków w niewiadomym kierunku. Po 2,5 miesiącach usilnych poszukiwań znalazłam go niewiarygodnym wprost, szczęśliwym trafem pod Jędrzejowem. Znacznie później Matka moja wywieziona została do Hamburga, a po wyzwoleniu, przewieziona do Diepholc, zawiadomiła mnie listownie, że Witold był w obozie w Murnau, z którego wszyscy jeńcy zostali uwolnieni przez aliantów. Ciężkie losy Polaków z tego okresu są znane – rozproszone rodziny, osieroceni przez najbliższych, bezdomni, nękani straszliwymi warunkami bytowania.

Witold Pilecki z Markiem Ostrowskim ok. 1940 r. Zbiory M. Ostrowskiego

Witold Pilecki z Markiem Ostrowskim ok. 1940 r. Zbiory M. Ostrowskiego

Szczególnie ciężko przeżywali to warszawiacy, masowo dążący do stolicy, gdzie witały ich ruiny, zgliszcza: w tym rysujące się niepewne jutro, oto los, który dotknął nas wszystkich. W wielkim trudzie dźwigaliśmy z ruin nasze domy, ale nasze serca krwawiły w dalszym ciągu – nie brakowało nam nowych, bolesnych ciosów. Na jesieni 1945 r. przypadkowo spotkałem Witolda. Wiem, że wkrótce skontaktował się on z żoną Marią, córką Zofią i synem Andrzejem – zamieszkał pod Warszawą.
W 1946 r. po powrocie z niewoli mego męża wróciliśmy do Warszawy. Wszyscy zajęci byliśmy odbudową własnego życia i dźwiganiem ze zgliszcz i z ruin Warszawy. Radość w odbudowie stolicy często byłą zatruwana uczuciem niesprawiedliwości, z którą spotykaliśmy się ze strony „władz”; dla nas gorycz była chlebem powszednim. Za naszą tyloletnia walkę z okupantem, za naszą ofiarną pracę, łzy, za utratę wszystkiego i najbliższych wymordowanych przez okupanta – spotkało nas miano „zdrajców”, a Armię Krajową określano jako zaplutego karła reakcji itp. Pomyśleć, że to spotkało ludzi, którzy przez 5 lat strasznego ucisku, terroru i wyniszczenia stosowanego przez Niemców – walczyli, składali ofiarę swej krwi i znosili tortury, marli po bohatersku rozstrzeliwani na ulicach Warszawy, przechodzili przez piekło obozów, więzień. Robili to w imię walki o wyzwolenie wspólnej ojczyzny. Brudne machinacje polityczne, sprzedajne kunktatorstwo niszczyły i tak już poszarpaną żywą tkankę Narodu. Ponownie zapełniły się więzienia Polakami. Znamy, pamiętamy to dobrze. Taki był klimat owych czasów i tak go przeżywaliśmy.
Witold często odwiedzał nas w al. Niepodległości. Pewnego razu wspominał, że założył ze znajomą chemiczką wytwórnię wód kwiatowych, bo trzeba było jakoś żyć. Dążył do zamieszkania z rodziną. W tamtych czasach wszyscy chwytali się różnych prac, aby przetrwać. Najbardziej jednak doskwierały nam nie troski materialne, a przeżycia moralne: aresztowania, przesłuchiwania trwające parę godzin. Traktowano nas jak wrogów, tak zresztą pisano i mówiono. A myśmy przecież byli tylko wierni złożonej przysiędze na wierność służby Ojczyźnie. Nie mogliśmy się wyprzeć naszego prawa do Ojczyzny. Ona była jedna – dla niej ginęli i ci ze wschodu, i ci z zachodu w kraju. Zabrakło dobrych chęci i zrozumienia, wyciągnięcia braterskiej dłoni do tych z więzień i obozów, do tych z barykad i lasów. A danina krwi była taka sama, bo była polską krwią – tylko rachunki za nią były inne. Nikt nie przekonywał i nie tłumaczył – nikt. Więzienia znów się zapełniły; zapadały surowe wyroki wydawane przez „polaków” dla Polaków. Potworne bratobójcze niewybaczalne czyny. Właściwa cecha tamtych dni wielu lat. Niesprawiedliwość bratobójstwa odbiły się tragicznym piętnem i dziś – i oby nie jutro. Sprawiedliwość dziejowa, o której zapomniano, dała o sobie znać. Nie należy się dziwić i pytać, dlaczego? Przez całe lata to narastało, jak dokuczliwe obce ciało i nie ma sensu teraz pytać, dlaczego?

Pierwszy transport do KL Auschwitz, dworzec w Tarnowie, 14 czerwca 1940 r. Fot. AIPN

Pierwszy transport do KL Auschwitz, dworzec w Tarnowie, 14 czerwca 1940 r. Fot. AIPN

Odpowiedzi byłoby dużo, często druzgocące. Na naszej najnowszej historii często fałszowanej, to czarne plamy, których nie da się zmyć żadnym środkiem „chemicznym”, można je stonować tylko prawdą, przygasić ich jaskrawość – sprawiedliwością. Żołnierzy AK, których uznano za niebyłych, nie udało się usunąć z pamięci narodu. Sprawiedliwości historycznej stało się zadość. Po 36 latach, teraz, kiedy państwo nasze zostało doprowadzone do ruiny gospodarczej, zbiedniałe nasze społeczeństwo polskie własnym wysiłkiem chce postawić pomnik Powstania Warszawskiego w Warszawie. Niezniszczalna pamięć narodu, której nie da się zniweczyć, ani wykreślić. Naród wie o kim i o czym ma pamiętać, tylko nie zawsze mu pozwalają to ucieleśnić.
Po tych refleksjach podyktowanych ostatnimi wydarzeniami 1981/1982 – wracam
do mojej relacji: w klimacie tamtych pierwszych lat trudno było liczyć na
obiektywizm sądu, na rzeczowe znajdowanie racji, krzywda rodziła żal, a nawet
nienawiść. Argumentem po jedne stronie była siła i wygrywał ten, kto nią dysponował
lub ten, co pod jej naciskiem spłaszczył się. W takiej atmosferze wyszło
zarządzenie władz PRL o obowiązku rejestracji wszystkich byłych żołnierzy AK.
Wywołało to ogólne przygnębienie i niepokój, co będzie dalej?
zabrakło łudzi słabych i o innych postawach: tchórzostwa, egoizmu, przekupstwa,
a nawet zdrady, ale takie postawy były piętnowane i spotykały się z ogólną wzgardą.
Jeśli piszę o tym, to nie tylko dlatego, że takie wiadomości czerpałam z różnych
publikacji, wspomnień i pamiętników, ale dlatego, że miałam możność rozmawiania
z wieloma naocznymi świadkami – jak z Edwardem Ciesielskim, płk. Palińskim
i innymi.
Wszystkie znane mi opisy, w porównaniu z relacjami bezpośrednich świadków tego,
co działo się na terenie obozu, wydają się blade. Może relacje mogą wydawać
zbyt jednostronne i nacechowane subiektywnym odczuciem tego, co słyszałam,
ale nie jestem w stanie tego pominąć. Od tego czasu upłynęło blisko 50 lat, a wspomnienia
te są dla mnie nadał żywe.
Dalszy mój opis obejmuje już najbardziej tragiczne wydarzenia, nacechowane podstępem i zdradą, ale już po 1945 roku – dotyczące bezpośrednio losów Witolda.
W początkach maja 1947 r. w godzinach rannych zgłosiło się do mnie dwóch panów w średnim wieku, bąkających niewyraźnie nazwiska. Oświadczyli, że przychodzą z polecenia Witolda. W domu byłam sama. Po chwili jeden z nich wyszedł, tłumacząc się koniecznością załatwienia pilnych spraw. Drugi zaś z tajemniczą miną podał mi kartkę papieru, na której poznałam pismo Witolda. Prosił on mnie o wydanie oddawcy tej kartki pamiętnika i wszystkich jego rzeczy. Zdumiona zwróciłam się do owego „kolegi”, jak się przedstawił, z zapytaniem, dlaczego sam nie przyszedł po odbiór pamiętnika, skoro jest mu tak bardzo potrzebny. Otrzymałam odpowiedź, że okresowo Witold przebywa poza Warszawą, a ponieważ pamiętnik jest mu bardzo potrzebny, jego więc prosił o załatwienie tej sprawy. Z ociąganiem się, sprawdzając jeszcze raz podpis na doręczonej mi kartce, pamiętnik oddałam. Wtedy ów kolega w równie tajemniczy sposób poprosił o oddanie wszystkich rzeczy Witolda, również i broni. W tym momencie instynktownie wyczułam, że sprawa jest podejrzana. Powiedziałam stanowczo, że miałam dany mi przez Witolda do przeczytania pamiętnik, a nagabywanie mnie o oddanie broni, której nigdy nie miałam, jest bardzo dziwne. Zapytał jeszcze, co ma powtórzyć Witoldowi – odpowiedziałam, że chcę się z nim jak najprędzej zobaczyć i czekam na niego. „Kolega” w pospiechu wyszedł, zabierając pamiętnik. Po jego wyjściu ogarnęło mnie dziwne uczucie niepewności i niepokoju. Później okazało się, że moje przeczucia były słuszne i uzasadnione. W tragicznych okolicznościach wyjaśniła się cała ta podła inscenizacja. Po paru dniach doszła wiadomość o aresztowaniu Witolda. Zabierając ode mnie podstępnie jego pamiętnik, pozbawiono go dowodów działalności, jaką prowadził w Oświęcimiu. Komuś widocznie musiało bardzo na tym zależeć, by pozbawić go wszelkich szans obrony, wykreślić jego tożsamość, ograbić z bohaterskiej przeszłości, co w tej sytuacji dla kogoś było bardzo potrzebne, aby uskarżenie było niewątpliwe. Czyn ten można nazwać nie tylko jako nikczemny, ale wyrafinowany, z wykalkulowanymi skutkami na przyszłość. Wracając pamięcią do tamtych wydarzeń, przypomniałam sobie, że na krótko przed aresztowaniem Witold opowiedział mi taki fakt: napisał list do Cyrankiewicza (był wówczas premierem) – „przypomniałem, mówił Witold, że będąc w Oświęcimiu jako więźniowie, w pewnej grupie osób przyrzekliśmy sobie solennie, że jeśli uda się nam wyjść na wolność, to każdy z nas będzie mówił prawdę o tym, co działo się w Oświęcimiu, czego byliśmy świadkami, i wszystko o ludziach, o ich postawie i zachowaniu. Tymczasem pan, panie premierze mówił z okazji odsłonięcia tablicy pamiątkowej (nie pamiętam jakiej, bo wtedy odsłaniało się ich bardzo wiele – przypisek autora) mówił pan nieprawdę o Oświęcimiu, zmieniając fakty, które pan dobrze znał”. Witold nie powiedział dokładnie, o co chodziło. „Musiałem mu o tym napisać, aby mu przypomnieć u naszych podjętych tam zobowiązaniach” – zakończył Witold.

Rodzina Ostrowskich. Warszawa, al. Niepodległości, 1947 r. Fot. Zbiory M. Ostrowskiego

Rodzina Ostrowskich. Warszawa, al. Niepodległości, 1947 r. Fot. Zbiory M. Ostrowskiego

W dniu 3.III.1948 r. Witold stanął jako oskarżony przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, pod zarzutem szpiegostwa i przygotowania zamachu na władze Polski Ludowej. Jednocześnie z nim oskarżeni byli: Maria Szelągowska, Tadeusz Płużański, Makary Sieradzki, Wito1d Różycki, Ryszard Jamontt-Krzywicki i jeszcze dwóch, których nazwisk nie pamiętam. Prokurator mjr Czesław Łapiński oskarżył wszystkich o szpiegostwo na rzecz Andersa, a Witolda Pileckiego oskarżył o szpiegostwo i przygotowanie zamachu na Różańskiego (byłego szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych).
Oskarżenie Witolda o zamach nawet laikowi wydaje się po prostu naiwne i dorobione. Jaki sens miałoby dokonanie zamachu w tym czasie, jak był cel i jakie szanse? Witold był zbyt wytrawnym konspiratorem, z wielkim doświadczeniem nabytym w czasie okupacji, aby mógł powziąć taki zamiar, nawet w rzekomy „rozkaz” – nie miało by to żadnych istotnych skutków, a Witold nigdy by na to się nie zdecydował. W tym czasie o szpiegostwo łatwo było każdego posądzić i tak też robiono – zapełniały się więzienia.
Na razie – takie jest moje zdanie – musieliby się tą sprawą zająć prawnicy- -specja1iści, jeśli akta tej sprawy istnieją. Moim zdaniem chodzi tu chyba o upozorowanie i usankcjonowanie ostatecznego rozrachunku z niewygodnym świadkiem.
Rozprawa sądowa odbywała się przeważnie przy drzwiach zamkniętych, co też utrudniało zrozumienie i poznanie jej motywacji. Tylko na niektórych odcinkach procesu mogły być obecne rodziny oskarżonych. Chodziłam z żoną Witolda na te dostępne rozprawy. Między rozprawami były przerwy, w czasie których pozwolono na krótkie widzenia rodzin z oskarżonymi, oczywiście w obecności strażników. Wtedy właśnie dowiedziałam od Witolda, że za cenę utraty swego pamiętnika uratował mnie od aresztowania. Przypuszczam, że do podjęcia takiej decyzji przez Witolda przyczynił się również mój stan – byłam w ostatnich miesiącach ciąży. Oskarżycielom musiało bardzo zależeć na pamiętniku, skoro, o dziwo, dotrzymali danego Witoldowi przyrzeczenia o nietraktowanie mnie jako współwinnej.
Przypuszczano, że był to jedyny egzemplarz. Istotnie był to jedyny dostępny w tym czasie egzemplarz, ale nie jedyny wogóle, jak się później okazało.
W tym okresie procesów takich było dużo, wszyscy to jeszcze dobrze pamiętamy. A czym się one kończyły? Bezsprzecznie udokumentowaną winą i bardzo surowymi wyrokami. Sprawozdania radiowe z tych procesów informowały, jacy to przestępcy, zdrajcy, kolaboranci stawali przed sądem. Szczególnie w jakości tych sprawozdań celowała p. Wanda Odolska. Używała ona chyba nie tylko, ile musiała, ale i ile chciała, z zapałem przekrzykując w radiu – „zdrajcy na cudzym żołdzie” itp. Bo byli przeciw czemuś czy komuś, dlatego, że walczyli z okupantem niemieckim, że różnili się poglądami politycznymi, a więc cóż, czy to już znaczy, że zdrajcy? Zresztą późniejsze lata wykazały, jak to ci niezdrajcy okradali naród i Polskę, jak demoralizowali i doprowadzili do gospodarczej ruiny – ale ci to nie zdrajcy!
Generalnie było wiadomo, że chodziło o moralne zdeptanie tych ludzi, fizyczne obezwładnienie, o zastraszenie społeczeństwa, o zaplucie tego, co osiągnęła nasza wspaniała młodzież i za co oddała swe młode życie. Słuchającym rozprawy sądowej same zaciskały się pięści. W czasie przerwy procesu, w krótkiej wymianie zdań Witold odrzucił wszelkie propozycje jakichkolwiek starań w jego sprawie. Przypuszczam, że był przekonany, iż jego sprawa jest z góry przesądzona i chyba znał tego powody.
W czasie jednej z takich krótkich rozmów powiedział – „czuję się już bardzo zmęczony i chcę szybkiego zakończenia. bardzo zmęczony i chcę szybkiego zakończenia”. Słowa te w ustach takiego człowieka, jakim był Witold, były czymś niesłychanym, zabrzmiały dla mnie tragicznie. Obrońcą Witolda był adwokat Buszkowski, nie zyskał on zaufania Witolda, który odnosił do niego nieufnie i sceptycznie. Na wszelkie propozycje szukania pomocy kategorycznie mówił „nie”. Domyślał się, a może wiedział, że jego sprawa jest „zakwalifikowana”. Mowa wygłoszona przez oskarżyciela trudna jest do opisania, była taką, jaką wyznaczono mu rolę. Oskarżeni i my wszyscy musieliśmy jej wysłuchać.
W nowie tej padały najgorsze słowa potępienia – oto przestępcy, którzy zasłużyli na największe potępienie, pogardę i najsurowsze wyroki. Najgorszym jednak, oprócz mowy prokuratora, było odczytanie przed wyrokiem przez sędziego listu pana premiera. Dotyczył on głównie Witolda. Pan premier stwierdził, że istotnie oskarżony Pilecki był w obozie, ale jednocześnie oznajmia, że jego – Witolda – przewinienia są obecnie tak wielkie, że określa go jako wroga ludu, a gdyby Witold powoływał się na swój pobyt w Oświęcimiu i na znajomość z nim oraz ze świetlaną postacią tow. Dubois, to w żadnym stopniu nie powinno to wpłynąć na złagodzenie surowego wymiaru kary, którą oskarżony powinien ponieść w świetle popełnionych i dowiedzionych przestępstw. Oczywiście, że nie stenografowałam treści listu, który by długi, ale ze zrozumiałych względów te słowa i określenia dobrze zapamiętałam, bo zapadły we mnie jak kamienie i do końca moich dni będą one tkwiły w mej świadomości. Właśnie on – Cyrankiewicz, więzień Oświęcimia pogrąża człowieka, którego znał i nie jeden raz mógł stwierdzić, jaka była jego postawa – tam, w tym piekle.
Krzywoprzysięstwo popełniono po raz drugi, ale tym razem dosięga ono i niszczy takiego właśnie człowieka, jakim był Witold Pilecki. Okłamano historię i współczesnych.
Oskarżeni Witold Pilecki, Maria Szelągowska, Tadeusz Płużański otrzymali najwyższy wymiar kary – karę śmierci. Inni oskarżeni zostali pozbawieni wolności i praw obywatelskich od 5 lat do dożywocia. Tak oto „ślepa Temida” hojnie szafowała zagładą i zemstą. Nie pomogły prośby Oświęcimiaków o złagodzenie wyroku Witolda – oświęcimiak premier „był bezradny, nie pomogła prośba żony, złożona na ręce premiera i prezydenta Bieruta o prawo łaski.
Nic nie pomogło, bo było to zgodne z planem. To był zamiar zniszczenia człowieka i co jest charakterystyczne – tego jednego, bo wyrok śmierci wykonano tylko jeden – na rtm. Witoldzie Pileckim. Fama głosiła, że wyrok ten został podpisany przez ówczesnego przedstawiciela FZSSR Bergmana, ale ja w to nie wierzę!
Ciała zamordowanego nie wydano rodzinie. Do dziś sprawa jest głęboko zagrzebana, przykryta grubą warstwą niewiedzy społeczeństwa i zapomnieniem. Kilkakrotne usiłowania rodziny – i nie tylko rodziny – o rehabilitację śp. rtm. Witolda Pileckiego nie odniosły żadnego skutku, choć o to upominano się nie tylko w kraju, ale równie Jego dawni towarzysze i przyjaciele zamieszkali za granicą.
Na dowód, że moja relacja nie jest przejaskrawiona, jeśli chodzi o wartości osobowe Witolda Pileckiego, poparte zresztą czynami, powołam się na wyżej wspomnianą książkę pt. „Oświęcim walczący”, wydaną w 1974 r. w Londynie.

Proces grupy Witolda Pileckiego w 1948 r. W pierwszym rządzi od lewej: Witold Pilecki, Maria Szelągowska , Tadeusz Płużański, Ryszard Jamontt-Krzywicki i Makary Sieradzki. Za nimi: Maksymilian Kaucki, Witold Różycki i Jerzy Nowakowski. Pierwszych troje zostało skazanych na karę śmierci, stracono Pileckiego, a Szelągowskiej i Płużańskiemu zamieniono wyrok na dożywocie. Sieradzki, Różycki dostali 12lat, Jamontt-Krzywicki - 8 lat, a Nowakowski 5 lat. Fot. Wikipedia

Proces grupy Witolda Pileckiego w 1948 r. W pierwszym rządzi od lewej: Witold Pilecki, Maria Szelągowska , Tadeusz Płużański, Ryszard Jamontt-Krzywicki i Makary Sieradzki. Za nimi: Maksymilian Kaucki, Witold Różycki i Jerzy Nowakowski. Pierwszych troje zostało skazanych na karę śmierci, stracono Pileckiego, a Szelągowskiej i Płużańskiemu zamieniono wyrok na dożywocie. Sieradzki, Różycki dostali 12lat, Jamontt-Krzywicki - 8 lat, a Nowakowski 5 lat. Fot. Wikipedia

Autorem tej książki jest były więzień Oświęcimia, Józef Garliński, który w przedmowie do tej książki na str. 14 pisze, cytuję: W znacznej części mej pracy mogłem się oprzeć na zupełnie unikalnej relacji, która znajduje się w Studium Polski Podziemnej w Londynie. Napisał ją w 1946 r. Witold Pilecki, twórca ruchu podziemnego w oświęcimskim obozie, poszedł on do obozu dobrowolnie, by zbudować konspiracyjną organizację wojskową, i dalej cytuję: Relację Pileckiego wymieniam osobno, bo jest to dokument nieoszacowanej zupełnie wagi i wartości. Wiadome mi jest, że angielski historyk Michael Foot w swoim opracowaniu nazwał Witolda Pileckiego „sumieniem walczącej przeciw hitleryzmowi Europy”. Inny autor, wymieniając sześciu najważniejszych ludzi w drugiej wojnie światowej, wymienił Witolda Pileckiego. A u nas – nieśmiałe, zakamuflowane wzmianki bez finału, który dziś jest ukrywany.
Ujawnienie tych spraw byłoby częściowym zadośćuczynieniem pamięci człowieka, którego czyny na to zasługują. Dopiero w dniu 3 lipca 1981 r. został wydrukowany artykuł w „Kurierze Polskim” pt. „Cztery drogi rotmistrza Pileckiego”, w którym po raz pierwszy podano pełny życiorys z tragicznym haniebnym zakończeniem. Artykuł śmiały i oskarżający. A na bieżąco prawda jest taka, że ten nieprzeciętny i odważny człowiek, gorący patriota nie zasłużył sobie nawet na to, czego każdy śmiertelnik pragnie – na złożenie doczesnych szczątków w ziemi ojczystej, w wiadomym miejscu.
Okradziono go za życia ze wszystkiego, okradziono go i po śmierci. Do dzisiaj spoczywa w nieznanym miejscu. Nie ma dla siebie skrawka ziemi, który byłby widocznym i autentycznym śladem jego tożsamości. Jedynym dowodem uznania za jego tak bezwzględną wałkę o wolność Ojczyzny i pełną ofiarę złożoną na ołtarzu patriotyzmu oraz żołnierskiej powinności i honoru – jest ufundowany przez rodzinę symboliczny grób w Ostrowi Mazowieckiej oraz pamiątkowa tablica na murze kościoła św. Stanisława w Warszawie, na Żoliborzu. A rodzinie i najbliższym pozostały gorycz i poczucie krzywdy. Czy my, którzy znamy jego czyny, mamy milczeć? Czy mamy prawo wobec historii i przyszłych pokoleń zostawić niewykryte kłamstwo i fałsz? Milczeniem możemy potwierdzić, że został skazany na śmierć „zdrajca”, że wyrok był sprawiedliwy. Czy dalszym milczeniem mamy przypieczętować krzywdę?
Żądamy przeprowadzenia rehabilitacji rtm. Witolda Pileckiego i wiarygodnego zapisu historycznego jego bohaterskich czynów oraz udostępnienie jego pamiętników, które muszą się znajdować w aktach sprawy – historykom i młodzieży.

Warszawa 1981/82 r.

Autorem tej książki jest były więzień Oświęcimia, Józef Garliński, który w przedmowie do tej książki na str. 14 pisze, cytuję: W znacznej części mej pracy mogłem się oprzeć na zupełnie unikalnej relacji, która znajduje się w Studium Polski Podziemnej w Londynie. Napisał ją w 1946 r. Witold Pilecki, twórca ruchu podziemnego w oświęcimskim obozie, poszedł on do obozu dobrowolnie, by zbudować konspiracyjną organizację wojskową, i dalej cytuję: Relację Pileckiego wymieniam osobno, bo jest to dokument nieoszacowanej zupełnie wagi i wartości. Wiadome mi jest, że angielski historyk Michael Foot w swoim opracowaniu nazwał Witolda Pileckiego „sumieniem walczącej przeciw hitleryzmowi Europy”. Inny autor, wymieniając sześciu najważniejszych ludzi w drugiej wojnie światowej, wymienił Witolda Pileckiego. A u nas – nieśmiałe, zakamuflowane wzmianki bez finału, który dziś jest ukrywany. 
Ujawnienie tych spraw byłoby częściowym zadośćuczynieniem pamięci człowieka, którego czyny na to zasługują. Dopiero w dniu 3 lipca 1981 r. został wydrukowany artykuł w „Kurierze Polskim” pt. „Cztery drogi rotmistrza Pileckiego”, w którym po raz pierwszy podano pełny życiorys z tragicznym haniebnym zakończeniem. Artykuł śmiały i oskarżający. A na bieżąco prawda jest taka, że ten nieprzeciętny i odważny człowiek, gorący patriota nie zasłużył sobie nawet na to, czego każdy śmiertelnik pragnie – na złożenie doczesnych szczątków w ziemi ojczystej, w wiadomym miejscu. 
Okradziono go za życia ze wszystkiego, okradziono go i po śmierci. Do dzisiaj spoczywa w nieznanym miejscu. Nie ma dla siebie skrawka ziemi, który byłby widocznym i autentycznym śladem jego tożsamości. Jedynym dowodem uznania za jego tak bezwzględną wałkę o wolność Ojczyzny i pełną ofiarę złożoną na ołtarzu patriotyzmu oraz żołnierskiej powinności i honoru – jest ufundowany przez rodzinę symboliczny grób w Ostrowi Mazowieckiej oraz pamiątkowa tablica na murze kościoła św. Stanisława w Warszawie, na Żoliborzu. A rodzinie i najbliższym pozostały gorycz i poczucie krzywdy. Czy my, którzy znamy jego czyny, mamy milczeć? Czy mamy prawo wobec historii i przyszłych pokoleń zostawić niewykryte kłamstwo i fałsz? Milczeniem możemy potwierdzić, że został skazany na śmierć „zdrajca”, że wyrok był sprawiedliwy. Czy dalszym milczeniem mamy przypieczętować krzywdę? 
Żądamy przeprowadzenia rehabilitacji rtm. Witolda Pileckiego i wiarygodnego zapisu historycznego jego bohaterskich czynów oraz udostępnienie jego pamiętników, które muszą się znajdować w aktach sprawy – historykom i młodzieży.  

                                                         Warszawa 1981/82 r.

Przemawia Józef Cyrankiewicz ok. 1946 r. Fot. NAC

O Eleonorze Ostrowskiej

Eleonora Ostrowska urodziła się w Odessie 5 maja 1909 r. w rodzinie zesłańców po powstaniu styczniowym. Do Polski przyjechała z rodzicami w roku 1919, jej ojciec, Sabin-Teodor Wiśniewski, został pracownikiem PKP w Łodzi, matka – nauczycielką w szkole podstawowej.
W okresie nauki w gimnazjum, w 1923 r. umiera jej ojciec. Eleonora w latach 1928-33 studiuje w Państwowej Szkole Ogrodnictwa w Poznaniu, uzyskując tytuł inżyniera. Pracę zawodową rozpoczyna jako instruktorka przysposobienia rolniczego i ogrodniczego w powiecie gostynińskim. W 1935 r. zostaje powołana do pracy w Warszawskiej Izbie Rolniczej, gdzie poznaje inspektora Edwarda Ostrowskiego, w 1936 r. zawierają związek małżeński. W 1938 r. rodzi się ich syn, Andrzej Marek. W 1939 r. mąż, oficer kawalerii, zostaje powołany do wojska, a po bitwie pod Kockiem dostaje się do niewoli niemieckiej, w której przebywa do 1945 r.
Eleonora samotnie wychowuje syna, pracując nadal w Warszawskiej Izbie Rolniczej, będącej w czasie wojny pod zarządem niemieckim. Od listopada 1939 r. brała udział w organizowaniu zebrań Tajnej Armii Polskiej, której współzałożycielem był rtm. Witold Pilecki. Od 1941 r. została przydzielona do Delegatury Rządu na Kraj jako łączniczka-kurierka szefa biura Sztabu Komendy Głównej AK. Funkcje tą pełniła do wybuchu Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia zaskoczył ją w Śródmieściu. Za wszelką cenę starała się dotrzeć na Żoliborz, gdzie mieszkała z synem, ale nie mogła przekroczyć obwodowej linii kolejowej w okolicach Dworca Gdańskiego. Do upadku powstania była na Starym Mieście w Zgrupowaniu „Róg”, jako łączniczka oddziału 104 kompani Związku Syndykalistów Polskich.
Po upadku powstania trafia do obozu w Pruszkowie. Podczas transportu w nieznanym kierunku udaje się jej uciec. Poszukuje syna, nie mając przez cały czas powstania wiadomości, czy żyje. Odnajduje go pod Jędrzejowem, gdzie został wywieziony z Żoliborza z ludnością cywilną.
Po kapitulacji Niemiec 1945 r. rozpoczyna pracę w Izbie Rolniczej, z oddelegowaniem do powiatu Ostrów Mazowiecka. Z obozu jenieckiego powraca jej mąż Edward – oboje zaczynają pracować w Warszawie. W 1947 r. przychodzi na świat drugi syn, Jan. Eleonora pracowała w Państwowych Wydawnictwach Rolniczych i Leśnych, potem, aż do emerytury, w Centralnej Bibliotece Rolniczej. Została odznaczona czterokrotnie Medalem Wojska Polskiego, Krzyżem Armii Krajowej i Warszawskim Krzyżem Powstańczym.

l. Życki, Ucieczka skazanych, "Chłopska Droga" 1959 r. Fot. Zbiory M. Ostrowskiego

l. Życki, Ucieczka skazanych, "Chłopska Droga" 1959 r. Fot. Zbiory M. Ostrowskiego