WP_tytulowa_p.png
Andrzej Gwiazda

W górach jesteśmy wolni

Andrzej i Joanna Gwiazdowie

Fragmenty wywiadu Kornela Morawieckiego, który ukazał się w naszym biuletynie "Rakowiecka 37" nr. 11

– Przegrałem ze Stalinem, przegrałem z Bierutem, przegrałem z Jaruzelskim, przegrałem z Wałęsą, ale nie zamieniłbym się na miejsca z tymi, którzy wygrali – podsumowuje swoje życie Andrzej Gwiazda, który skończył w tym roku 85 lat. Wspólnie z żoną Joanną barwnie wspominają swoje życie i razem spędzony czas.

Rok 1956 – w wojsku

Ze studiów wywalili mnie zimą, a na wiosnę 1955 roku, mimo opinii komisji lekarskiej, że byłem prawie ślepy, poszedłem do wojska, do Brodnicy, do samodzielnego pułku artylerii przeciwlotniczej. W 1956 roku, od wiosny do jesieni byliśmy na poligonie – i dopiero po powrocie z mozołem dowiadywaliśmy się, że coś się dzieje w polityce. Byłem radiowcem, mieliśmy łączność z całą Polską. W kilkunastu jednostkach udało mi się znaleźć w centralach telefonicznych „swoich ludzi” – i szła wymiana informacji. Gadałem też z rosyjskimi żołnierzami, bo mówiłemjak rodowity Rosjanin. Groziła nam interwencja.

Nasz pułk zdecydował się bronić Warszawy, a przecież działo przeciwlotnicze jest najskuteczniejszą bronią przeciwpancerną - dziesięciokilogramowy pocisk przebija każdy pancerz. Rządy przejęła rada pułku, złożona z samych szeregowców. Oficerów warta wpuszczała tylko za zgodą rady. Liczyliśmy, że część oficerów stanie po naszej stronie. W krytycznym czasie jeden pluton z każdej baterii przez trzy noce spał na parterze, w mundurach i bronią w ręku. A gdy Gomułka powiedział, że wojska radzieckie mają opuścić Polskę – poleciały w górę czapki, zapanowała euforia. Rada pułku zniknęła tak niepostrzeżenie, jak powstała. Nikt nie pytał, czemu oficerowie nie mogli wejść do koszar. Rozkwitł Październik ‘56. Dowództwo się pokajało, że byli w błędzie. Można było nosić skarpety zamiast onuc, chleb dawali w kromkach, a nie w kostkach – i nawet pojawił się smalec do posmarowania.

To była rewolucja!

W pierwsze Boże Narodzenie po Październiku 56 dali smażoną rybę, Dowództwo baterii przyszło do stołówki, stanęli – i nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, więc wziąłem opłatek i podzieliłem się z nimi w imieniu baterii. Koledzy to bardzo źle przyjęli, więc mówię do nich:

Dają u was opłatek krowom na wigilię?

– Jasne, koniom też – odpowiedzieli.

Pomyśleli i przyznali mi rację – Dobrze zrobiłeś.

Dla młodego rocznika prowadziłem szkolenie polityczne. Zawsze stała warta, a reszta się dowiadywała, jak wygląda komunizm, kołchozy, kolektywizacja oraz prawdziwa historia i geografia Polski. Kolegom podyktowałem pięć formułek, którymi mieli odpowiadać na dowolne pytania. Umieli je na pamięć, a dowództwo było zachwycone.

Jesienią 1957 roku zapadła decyzja: ponieważ zostałem wyrzucony ze studiów z powodów politycznych, a Październik te powody zlikwidował, więc zwolniono mnie z wojska i przywrócono na studia. Zaległy egzamin z marksizmu-leninizmu zdałem na czwórkę.

Klub Wysokogórski

Miałem to od dziecka – jak coś było wysoko, musiałem na to wleźć. Żeby się zapisać do tego klubu, trzeba było mieć trzech członków wprowadzających, biorących odpowiedzialność za zachowanie nowego członka. Było przesłuchanie dotyczące osiągnięć w górach. Umówiliśmy się w barze na Politechnice. Opowiadałem nasze górskie wycieczki i nagle usłyszałem:

– My go mamy do klubu wprowadzać, jak on spał wyżej niż myśmy byli?

O tym klubie zadecydował też pobyt w Gdańsku, bo jak się mieszka w Krakowie, to robi się dwu- lub trzydniowy wypad w niedalekie góry, a z Gdańska sama podróż w dwie strony zajmowała ze dwa dni. Taternicy to też było nasze środowisko, i jak każde, które nie było pod bezpośrednią kuratelą władzy, było opozycyjne. Był przecież proces Taterników. Podam taki przykład: byliśmy na szkółce taternickiej, bo trzeba było ją zaliczyć, aby dostać patent uczestnika. Restauracja w schronisku w Morskim Oku była zapchana, stała tasiemcowa kolejka przy barze. Był z nami Tytus, miał mocny, tubalny głos. Wychodził wtedy na środek sali i krzyczał:

- A za co?!

I wtedy z różnych miejsc sali nasza szkółka śpiewała:

- Za Katyń, za Sybir, za Wilno, za Lwów, zapłaci Andersa piechota.

Gdy śpiewaliśmy nie będzie po polach pałętać się znów czerwona ze wschodu hołota – sala pustoszała i bar był odblokowany.

Śpiewaliśmy też w klubie Ej, a my mamy wojsko po słowackiej stronie – piosenkę o inwazji na Czechosłowację w 1968 r. Była też o Hradec Kralove: 

Nie z twojego to rozkazu brzmią buty wojskowe,

Lecz co ty zrobiłeś, co ty zrobiłeś dla Hradec Kralove?

A kobieta przerażona patrzy zza firanki

W Hradcu Kralove, w Hradcu Kralove dudnią polskie tanki.

W 1968 roku polskie wojsko zajęło Hradec Kralove, a my wtedy sprowadzaliśmy do pracy elektryczne urządzenia z Czechosłowacji. A po tej inwazji wszystkie trafiały na śmietnik.

Żona: Wspinaczka to jest coś takiego, co czyni człowieka wolnym z samej istoty rzeczy. Andrzej nie mógł żeglować, ponieważ był podpadnięty politycznie, a ja żeglowałam. Wspólnie mogliśmy chodzić po górach. Robiliśmy wielkie wycieczki po górach, które trwały miesiąc. Z plecakiem, wyżywieniem i paliwem do kochera. Można było pójść w Bałkany, w rumuńskie Karpaty – można już było  robić takie wyprawy po demoludach. A nawet udało nam się jeszcze za komuny przejść Sierra Nevada i Sierra de Gredos w Hiszpanii. Gdy Andrzej był w więzieniu, to właśnie koledzy-taternicy napisali na dziesięcciopiętrowym bloku na przeciw przystanku Gdańsk-Zaspa „Uwolnić Gwiazdę”. To były litery wielkości jednego piętra! Całe pielgrzymki tam chodziły, ludzie chcieli to obejrzeć. I nie miał kto tego zamalować, zaangażowano strażaków, ale oni skrupulatnie zamalowali to tak, że jeszcze bardziej poszerzyli litery. Mówiono, że była to ich zemsta za pacyfikację Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie. Władza robiła dochodzenie we wszystkich klubach wysokogórskich, ale nikt niczego nie widział i nikogo nie zdradził. Później to hasło zamalowała komercyjna firma Alpinex.

1968

Zostałem w ten bunt studencki wrobiony. Na Politechnikę Gdańską zaczęły przychodzić delegacje z Akademii Medycznej, z Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Wyższej Szkoły Ekonomicznej z Sopotu, z pytaniem co robić. Trochę tajnie im tłumaczyłem. Żonie wykupywałem wtedy obiady w stołówce na Politechnice i ona przychodziła do mnie. Pobiegłem na bramę, żeby ją wpuścili, a patrzę, że ona idzie i mówi: – Chciałam spytać o ciebie, ale podszedł jakiś facet i mówi: „Wpuście, to żona tego w kożuchu”. Wtedy stwierdziłem, że całe moje „tajniaczenie się” jest na nic. Pamiętam –milicjanci atakujący studentów wyglądali jakby byli po narkotykach.Mieli sine, spuchnięte gęby. Pędzili przed siebie, jakby nic nie widzieli. Widząc ich

uskoczyliśmy w załomek muru, minęli nas prawie się ocierając – i popędzili dalej.

Grudzień 1970

Była podwyżka i byłem wściekły, że jest milczenie i nic się nie dzieje. Jadę na wykład, na stacji Przymorze wsiadają grupy robotników z zaciętymi twarzami i nawet nie chcą rozmawiać. To mi pokazało, że coś się dzieje. Nie wysiadłem więc na Politechnice, stwierdziłem, że trzeba być tam, gdzie się coś ważnego dzieje, a nie na wykładach. Pojechałem pod Komitet Wojewódzki Partii. Zobaczyłem, że budynek był broniony, natomiast w jego bocznym skrzydle płonie siedziba Naczelnej Organizacji Technicznej, ponieważ nikt jej nie pilnował. Powiedziałem wtedy chłopakom, że palą nie to, co trzeba. Denaturat z pobliskich sklepów się skończył. Mówiłem im, że denaturatem nie zapalą budynku, więc zatrzymali samochód,

opór, niech ciebie siłą wyciągną z samochodu, żebyś potem na milicji nie miał kłopotów. Potrzebne były jeszcze tylko puste butelki na benzynę, zaczęto więc wylewać z butelek zupę szczawiową, a jak się w sklepie skończyła, to czystą wódkę, a dalej alkohole „z górnej półki”. Płynie wódka rynsztokiem, później jakieś winiaki i koniaki. Ludzie stoją wkoło i jeden mówi: - Słuchajcie chłopaki, dajcie spróbować. Bo ja nigdy takiej wódki nie piłem, za droga. Szybka narada i uznano, że ma rację, ale ma nie pić, tylko posmakować i wypluć. Ustawiła się kolejka, każdy brał po łyku i trzykrotnie pluł. I w te puste butelki laliśmy benzynę. Nie tylko ja rzucałem tymi butelkami, tam byli stoczniowcy po wojsku, którzy dobrze rzucali, jak granatami.

Atmosfera była wtedy taka, że jak ktoś miał kromkę chleba, to się podzielił, tak samo z papierosami – ktoś się sztachał dwa razy i podawał następnemu. Jak się pojawiły wojskowe helikoptery, to trzeba było wyczuć, czy leciała z niego w tłum świeca dymna, czy petarda, która wybuchała. Byli tacy, co potrafili świecę chwycić w locie – była długa i szara, a petarda czarna. Świece lądowały później w oknach komitetu, co wyglądało malowniczo, jakby z tych okien wylewał się wodospad dymu. Zapamiętałem, jak młody chłopaczek wspiął się po kratach okien komitetu na balkon pierwszego piętra z biało-czerwoną flagą. Zrzucił czerwoną flagę i zawiesił narodową. Wszyscy ludzie zdjęli czapki z głów i odśpiewali hymn. Wtedy chyba dwadzieścia osób z komitetu wyszło na balkon z białą flagą i poddali się. Jednym ludzie kazali się rozebrać do gaci, innym nie. Załadowali ich do samochodu i odwieźli. Helikopter latał nad Komitetem z liną, którą włóczył po dachu tego budynku, żeby wszystkich z niego zabrać. Miał też nas, protestujących, szturmować oddział marynarzy, ale jak się później okazało, ich dowódca powiedział ubekom, że owszem, może wydać taki rozkaz,

ale nie daje gwarancji po której stronie jego podkomendni się opowiedzą. I ich wycofali. Milicja przypuściła szturm, ludzie zaczęli uciekać, więc biegnę bohatersko w ostatnim szeregu i krzyczę: – Nie uciekać, nie uciekać! I naraz zobaczyłem,  że wysoki facet obrócił się przodem do kordonu – i stoi. Doskoczył do niego drugi. Czyli mają jakiś pomysł – więc doskoczyłem jako trzeci – i wtedy ten pierwszy zaczął śpiewać hymn. Tłum się odwrócił i zaczął śpiewać z nami. Milicja z biegu przeszła w dreptankę, a później dreptankę w miejscu. Po zdobyciu przez robotników wejścia do Komitetu przywieźli wyszkolonych żołnierzy piechoty morskiej, którzy ustawili się w klin, trzymając się za pasy. To była struktura w zasadzie nie do ruszenia. Wskoczyłem na mur naprzeciwko komitetu i zacząłem krzyczeć: – Przepuścić wojsko, wojsko z nami! Do tego się kilka osób przyłączyło. Zobaczyłem na twarzy ich dowódcy, chyba w stopniu kapitana, taki błysk zrozumienia – i pobiegli naprzód. Tłum się rozstąpił i zamknął, żeby nie przeszła za nimi milicja. Mieliśmy też dwa zdobyczne czołgi. Ludzie już byli roześmiani i mówili: - Wygraliśmy. Stwierdziłem wtedy, że trzeba w to włączyć Politechnikę. Kiedy szedłem w jej kierunki, stary robotnik stał i podziwiał płonący Komitet. Powiedział do mnie:

- Panie, kurwa, nie wiedziałem, że doczekam i zobaczę, jak się ten Reichstag pali.

Idę, a na moście słyszę ciężkie silniki: to od Wrzeszcza jechała kolumna czołgów – i taka mnie cholera wzięła, że znów wróciłem pod Komitet. Ludzie się rozchodzili, ale rozejrzałem się i widzę, że tak jak ja wracają, już nie mieli takich radosnych twarzy, ale zacięte. Zobaczyli, że jadą czołgi i ruszyli na nie. Jak ludzie czołgistom  nie ustępowali, to one się zatrzymywały. Ludzie wkładali płyty chodnikowe między koła a gąsienice, trzeba wtedy w czołgu dać kilka razy do przodu i wstecz, aby taka płytę rozgnieść, ale już w tym czasie wkładano nowe płyty i tak unieszkodliwiano

czołg. Wkładano też rury i jakieś szyny między gąsienice. Na czołgi wskakiwali też spawacze, obłamywali anteny i młoteczkami niszczyli wizjery – w efekcie załoga była głucha i ślepa, a do tego otoczona wrogim tłumem. Trzeba oddać sprawiedliwość, że nie mieli w czołgach amunicji, więc je opuszczali. Jeden żołnierz nie chciał oddać nam swojej broni, powiedziałem, żeby mu ją zostawili, ale wyciągnąłem magazynek. Wyciągaliśmy też ludziom filmy z aparatów. Był też szturm milicji: szarżują dosyć skutecznie i nas spychają. A na przeciwko pojawia się nagle czołg, więc milicjanci z radości krzyczą, ale nagle z czołgu wysunęła się biało-czerwona flaga, więc oni rzucili te pałki i tarcze – i w nogi. To był też krwawy konflikt. Ze stoczni, gdy wychodzili po całonocnej naradzie, to do nich strzelali. W Gdyni natomiast była zemsta za spalony w Gdańsku Komitet. Tam doszło do prawdziwej masakry. Szły całe salwy, co było słychać, gdy się dzwoniło do Gdyni i rozmówcy wystawiali słuchawkę przez okno. Dzwoniliśmy do zakładów kooperujących z przemysłem okrętowym – i to sięrozniosło po całym Wybrzeżu. Ludzie nam opowiadali, jak zabijali milicjantów,choć w rzeczywistości ich nie zabijali, ale to wynikało z ich pragnienia zemsty.

Sierpień 80

Żona: 7 sierpnia wyrzucili z pracy Anię Walentynowicz. Był tydzień na wydrukowanie apelu WZZ w jej obronie i do tego była dołączona druga kartka z instrukcją jak strajkować, że trzeba powiadomić dyrekcję, wziąć na siebie odpowiedzialność za mienie zakładowe i powołać straż... Tam były podstawowe zasady. To było od piątej rano rozdawane w kolejce wożącej robotników do pracy przez zwolnionych z pracy działaczy WZZ. Natomiast ci, którzy pracowali, mieli organizować strajki w swoich zakładach. Pomagała też opozycja studencka z SKS-u i RMP.

14 sierpnia zastrajkowała Stocznia Gdańska. Tam było ponad 16 tys. pracowników. Wspomógł Stocznię Bogdan Borusewicz. Od 15 sierpnia strajkował już Elmor, gdzie pracowałem, i wiele innych zakładów. Konieczne było powołanie komitetu koordynującego. 6 sierpnia w sobotę poszliśmy do Stoczni, aby przedstawić strajkującym propozycję powołania Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Jednak Komitet Strajkowy Stoczni już kończył swoje negocjacje z dyrekcją w sali BHP i Wałęsa nas nie wpuścił. Był z nimi Bogdan Borusewicz. O zakończeniu strajku dowiedzieliśmy się z głośników Tak usłyszeliśmy decyzję o zakończeniu strajku, i komunikat, że każdy, kto nie jest pracownikiem zakładu, powinien go do godz. 18.00 opuścić.

Wobec tej zdrady Stoczni, która miała to wszystko pociągnąć jako największy zakład pracy, tym bardziej konieczne było powołanie MKS, obejmującego strajkujące poza stocznią mniejsze zakłady...

Stan wojenny

Żona: Czy takiego rozwiązania się spodziewaliśmy? Jedno było pewne – „Solidarność” zaczęła słabnąć. Na zjeździe nie wybrano wojowniczych władz. To już nie był ten związek, co na początku. Nas wyrzucili z Zarządu Regionu, ale Andrzej był jeszcze w Komisji Krajowej. Ludzie zaczynali widzieć, że coś się zmienia na gorsze.

Chcieliśmy jednak na początku roku zwołać zjazd nadzwyczajny licząc, że wiele się wtedy wyprostuje i związek wróci do korzeni. Strona przeciwna musiała już o tym wiedzieć, ustalając taki termin wprowadzenia stanu wojennego. Może nie udało nam się odzyskać niepodległości, ale Solidarność definitywnie złamała system totalitarny, bo miała swoje prawa i zasady. Jednak władza po stanie wojennym pacyfikowała społeczeństwo przez siedem lat, przeformatowując w głowach różne pojęcia. Do tego był plan pierestrojki, czyli że może być z opozycji taka siła społeczna, której przekaże się władzę. Pytanie, kto w tym czasie z opozycji był wtajemniczony w sprawę pierestrojki? Ponieważ „na bagnetach nie da się usiedzieć”, społeczeństwo było gotowe do demokracji – Solidarność stworzyła wszystkie struktury i zasady demokratycznie. Wiedzieliśmy od września 1980 r., że atak nastąpi. Stan wojenny trwał siedem lat – i tylko oddalił upadek systemu, który i tak musiał upaść. Nie uwzględnialiśmy w tym dość powszechnej zdrady we własnych szeregach. Przecież we fragmencie rozmowy werbunkowej wybitnego działacza opozycji padły słowa:

„Dostaniecie czasem w mordę, ale wam się to opłaci”. I miał on prawo nazwać kontrahentów ludźmi honoru, bo się z tego wywiązali. W WZZ wyliczyłem, że gospodarka pozwala podnieść płace trzykrotnie i były takie możliwości, choć stan wojenny potężnie nadszarpnął gospodarkę – żaden generał nie umiał nią rządzić, za cholerę.

Internowanie

13 grudnia 1981 r. wróciłem z posiedzenia Komisji Krajowej, żona wróciła z Gdyni z zebrania „frakcji demokratycznej”. Wyłamali nam drzwi. Przyszło po nas dziesięciu: po mnie sześciu, a po żonę czterech.

Żona: Andrzej stoczył jeszcze z nimi słowną potyczkę o nakaz aresztowania, którego nie chcieli pokazać. Zdjął wtedy ogromny czekan ze ściany. Oni uciekli

do przedpokoju i machali tym nakazem jak białą flagą. Pokazali nam go. W naszym ścisłym gronie trzydziestu osób nie mieliśmy agentów – ci byli zaangażowani przede wszystkim w popieranie Wałęsy. Opracowaliśmy instrukcję zachowania w stanie wyjątkowym i wydrukowaliśmy ją w nakładzie chyba

dziesięciu tysięcy. Bezpieka nic o tym nie wiedziała – i później w więzieniu na Mokotowie maglowali ludzi, kto ją napisał. Komisja Krajowa rozjechała się z tą

instrukcją w ręku, rozdawał ją im Andrzej. Zawieźli nas najpierw do Strzebielinka, były tam łóżka z czystą pościelą. Później kobiety z Gdańska wywieźli do Aresztu Śledczego na ulicę Kurkową, jak tam siedziałyśmy, było słuchać strzały i walki – Stocznia była blisko. Bali się, że ludzie będą chcieli nas odbić z tego więzienia, więc zawieźli nas do Fordonu. Tam siedziałam około miesiąca, skąd zabrali mnie do Gołdapi. Stamtąd – pod zarzutem prowadzenia uniwersytetu KOR-u i WZZ – do Darłówka – i tam siedziałam do wypuszczenia 22 lipca, gdy ogłosili amnestię dla internowanych kobiet. Dostawałam listy, odwiedzała mnie rodzina. Pamiętam, że w Darłówku odwiedził mnie Czerwony Krzyż, bo napisałam do nich pytając, gdzie jest przetrzymywany

mój mąż. Przedstawiciel Czerwonego Krzyża przywiózł mi zatrzymane pocztówki od Andrzeja. Nie rozczulałam się nad sobą. Było poczucie przegranej, ale to była przecież tylko przegrana bitwa większej walki. Nie podchodziliśmy do tego jak do klęski. Inaczej reagowała na to wszystko opozycja przedsierpniowa, a inaczej posierpniowa. Bałam się o Andrzeja. Odwiedzałam go po wyjściu na wolność na widzeniach. Pamiętam, jak rozmawialiśmy przez słuchawki i nas podsłuchiwano, ale my jesteśmy już starym małżeństwem i mamy swoje kody, więc rozmawialiśmy o wszystkim.

Mokotów

Żona: Słyszałam, że dawano w więzieniu na Mokotowie środek uspokajający o nazwie Glimit. Jak Andrzej wyszedł z Mokotowa, to miał takie obrzmiałe ciało. Gdy nacisnęło się palcem – palec się zapadał. To była jakaś dziwna opuchlizna. Zbuntowałam się przeciw nieustannym wizytom działaczy politycznych, więc wyjechaliśmy na dwa tygodnie w góry, w Bieszczady – i tam mu to przeszło. Taki wyjazd nie wydawał mi się wtedy niebezpieczny, ale próbowano nas straszyć: była akurat moda na „koty libijskie” – ludzi, którzy rzucali nożami i mogli z dużej odległości, nawet z 30 metrów, w ten sposób zabić. Jakiś pan nas przed nimi ostrzegał przed wyjazdem, na dworcu. Powiedziałam mu, że koty libijskie pogubią się w lesie. Na wszelki wypadek jednak omijaliśmy starannie stanice posterunków granicznych. Nikt o nas tam nie wiedział.

Czy chciano nas wykończyć? Pamiętam, że jeszcze przed rozmowami w stoczni podano nam zatrutą kawę. Żona straciła świadomość. I co ciekawe, że ci co pili wtedy tę kawę tego nie pamiętają, jak np. Zenek Kwoka. Strzebielinek to była zabawa w więzienie. Dostaliśmy paczki i urządziliśmy

Boże Narodzenie. Mieliśmy tam pod celą choinki. Lekarz przepisywał różne rzeczy, potrafiliśmy wydestylować pastę do butów i zrobić z niej świeczkę.

Stamtąd helikopterem zabrano nas do Warszawy, na Białołękę, na oddział dla niebezpiecznych. Bardzo szybko z kryminalnymi złapaliśmy doskonały kontakt. Gdy wychodziliśmy na spacer, sąsiedni blok krzyczał „Niech żyje Solidarność!”.

W więzieniu na Mokotowie mówili „z Gwiazdą się szybko siedzi”. Siedział ze mną w celi „Mysza”, z zawodu genetyk, z MRKS-u, a kapusiem był dyplomata

Dębowski. „Mysza” był strasznie oburzony, gdy mu powiedziałem, że Dębowski kapuje, bo według niego to był taki porządny człowiek. Powiedziałem mu wtedy:

- Możesz sobie myśleć co chcesz, ale jeżeli jeszcze raz usłyszę, że poruszasz tajne tematy przy nim, to pójdzie na zewnątrz, że kapujesz. Potem, jak wyszedłem i spotykam „Myszę”, rzucił mi się na szyję i mówi: - A ty wiesz, że Dębowski to był kapuś? A przecież mówiłem mu to już drugiego dnia...

To było porządne więzienie, zbudowane nie na lipę. Przesłuchiwano nas na górze. Chodziłem na spacerniak, ten najmniejszy miał jedenastometrową ścieżkę spacerową. W więzieniu nie wszystko wolno, zakazane jest np. wyglądanie przez okno, czy porozumiewanie się. Jak to jest w więzieniu – trudno wytłumaczyć komuś, kto tam nie był. To tak, jakby sytemu tłumaczyć, czym jest głód. Na zesłaniu w Kazachstanie nie miałem w ustach niczego przez cztery dni i opowiadałem o tym koleżance z Elmoru, a ona mówi, że tego by nie wytrzymała, poszłaby do sklepu i sobie coś kupiła. „Z Gwiazdą siedzi się szybko”. To polega na narzuceniu sobie rytmu tygodnia. Sobota to sprzątanie celi. Mięso, które dawali w piątek, wyławiało się z zupy

i przechowywało na niedzielę. Tak jak oszczędzało się papierosy na niedzielę. Serek topiony z wtorku odkładało się na piątek. I tak od tygodnia do tygodnia. Nie pozwoliłem pod celą gadać o amnestii. To jest najgorsza choroba więzienna. Na Boże Narodzenie przygotowaliśmy wieczerzę. Sianko wygrzebaliśmy na spacerniaku spod śniegu, jakoś skombinowaliśmy pół prześcieradła na biały obrus, a z gałązki świerku, którą dostałem w paczce, zrobiliśmy choineczkę. Był też opłatek. Siedzieliśmy na parterze, z widokiem na kuchnię, było słychać tłuczenie garów i wentylatory kuchenne. Nie widzieliśmy gwiazdki, ale mieliśmy uzbierane dwanaście potraw i kaganki na margarynę.

Na przepustkę (ze względu na chorobę mamy) wypuścili mnie z Mokotowa boczną bramą, bo przy głównej czekali na nas ludzie, była tam taka społeczna warta. Z plecakiem pojechałem do Haliny Mikołajskiej, u której zrobiła się konferencja prasowa. Powiedziałem wtedy, że chciałbym podziękować za tę przepustkę generałowi Kiszczakowi i zapewnić go, że jeśli on znajdzie się w analogicznej sytuacji, również może liczyć na moją pomoc. Innym razem, chociaż wypuścili mnie na przepustkę, wozili dookoła Warszawy, tak abym nie zdążył na pociąg do Gdańska, bo tam ludzie na mnie czekali na dworcu.

Po moim wyjściu z więzienia na Mokotowie jezuici byli tak dobrzy, pozwolili mi się zameldować przy grobie mojego patrona – św. Andrzeja Boboli. A pod bramą więzienia były spotkania i rozmowy z wypuszczanymi.

Żona: Mamy zbiór łyżek i noży, wyrzeźbionych w więzieniu w drewnie, które wysyłał Andrzejowi do więzienia nasz przyjaciel, Karol Krementowski. Przekazaliśmy je do Muzeum na Rakowieckiej.