Śmierć mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”

7 lutego 1951

 Śmierć mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”

Oprawcy przyszli po niego 8 lutego 1951 roku. Do współwięźniów powiedział: „Z Bogiem, Panowie”. Oni odparli: „Z Bogiem, Panie Majorze”. Komuniści zamordowali „Łupaszkę” o godz. 20:15.
Wyrok wykonano w warszawskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej. Tej nocy mokotowski kat Aleksander Drej strzelał również w tył głowy:
▪ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego"
▪kpt. Henryka Borowskiego „Trzmiela"
▪ppor. Lucjana Minkiewicza „Wiktora"
W III RP mjr Zygmunt Szendzielarz został wydobyty z dołu śmierci na „Łączce”, zidentyfikowany i pochowany. - Ja w to nie wierzyłam! Nigdy nie myślałam, że będzie można powiedzieć: Tu leży „Łupaszka” – mówiła „Lala”, odbierając akt identyfikacji ukochanego dowódcy.
Spowiedź i śmierć mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”

Kazimierz Augustowski (1916-2007) w filmie dokumentalnym pt. „Łupaszko”, wspomina swoje spotkanie w celi mokotowskiego więzienia ze znanym mu wcześniej majorem Zygmuntem Szendzielarzem (1910-1951). „Łupaszko” zdawał sobie sprawę, że zostanie skazany na karę śmierci, więc Augustowski przekonywał go, żeby wyspowiadał się księdzu, który spał obok niego na sienniku. Tym księdzem okazał się zmartwychwstaniec Piotr Kobus. Szendzielarz nie spowiadał się od dawna i już nie pamiętał, jak to się robi, ale ostatecznie o spowiedź poprosił. Zamienił się pewnej nocy miejscem na sienniku z Augustowskim i szepcząc ks. Piotrowi do ucha, w tajemnicy przed innymi więźniami, a przede wszystkim przed służbą więzienną, pogodził się z Panem Bogiem.
Augustowski wspominał, że następnego dnia rano Szendzielarz był szczęśliwy, twierdził, że teraz może spokojnie umrzeć. Nie wiemy dokładnie, kiedy to miało miejsce. Majora Szendzielarza stracono 8 lutego 1951 r. 16 stycznia tego roku ks. Piotr został przewieziony do więzienia we Wronkach. Najprawdopodobniej ich spotkanie miało miejsce na wiosnę 1950 r., gdy obaj bohaterowie tego wydarzenia znajdowali się w pawilonie X. Świadkowie ostatnich dni majora twierdzą, że modlił się regularnie do końca swojego życia, a więzienną celę przed egzekucją opuszczał z imieniem Boga na ustach. Mamy prawo sądzić, że to także dzięki ks. Piotrowi – czytamy w książce Anny Ogonowskiej „Ksiądz Piotr Kobus – portret kapłana” (wydawnictwo Unitas, 2017)