Zniszczenie stacji zagłuszającej audycje z zachodu

18 listopada 1956

Zniszczenie stacji zagłuszającej audycje z zachodu

W Bydgoszczy doszło do starć tłumu z milicją i zniszczenia stacji radiowej zagłuszającej audycje nadawane z Zachodu.
Wydarzenia, które rozegrały się w ciągu kilku godzin, wieczorem 18 listopada 1956 roku na terenie Bydgoszczy, były do niedawna szerzej nieznane. W okresie PRL władze uznały je za "wybryki chuligańskie" i starano się je przemilczeć.
"Do środka, do samej aparatury, wdarło się nas wówczas pięciu lub dziesięciu, dobrze zbudowanych. Odpowiednio żeśmy ją tam +znieczulili+, wszystko razem nie trwało nawet pół godziny" - wspominał Józef Borowski, który za udział w wydarzeniach przed 55 laty został skazany na pół roku więzienia.
"Bydgoski listopad" rozpoczął się od awantury, do jakiej doszło 18 listopada 1956 roku przed jednym z kin w centrum miasta. Patrol Milicji Obywatelskiej usiłował uspokoić wówczas ludzi, którzy szarpali się w kolejce po bilety na film wojenny.

Wezwano posiłki, ale próba wyciągnięcia z tłumu najbardziej zagorzałych awanturników, a także użycie pałek, które właśnie wówczas wprowadzono na wyposażenie MO, tylko rozjuszyły tłum. Funkcjonariuszy przegoniono, spalono ich samochód, a następnie uformował się pochód, który ruszył w kierunku ówczesnej siedziby Komendy Wojewódzkiej MO.

Po drodze wznoszono okrzyki antysowieckie i przeciwko PZPR, ale także słychać było hasła popierające Władysława Gomułkę, nowego przywódcę PZPR. Tłum, liczący blisko tysiąc osób dotarł do kwatery MO i sforsował bramę.
Obecny na miejscu oficer przekonał jednak manifestantów, by zaniechali prób wejścia do budynku. Ludzie podchwycili natychmiast hasło marszu na zagłuszarkę, znajdującą się w innej części miasta.

Podczas przemarszu zdemolowano Komendę Miejską MO. Manifestanci opanowali bez problemu budynek zagłuszarki, ponieważ wysłany do jej ochrony oddział MO nie miał samochodu i nie zdołał dotrzeć do niej przed tłumem.

Zniszczono aparaturę służącą do zagłuszania radiowych audycji polskojęzycznych z zagranicy. Manifestanci podpalili także służący do tego samego celu pobliski maszt, który wkrótce runął.

Tłum został rozproszony przez wezwane do miasta jednostki wojskowe Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Mimo bezwzględnych działań sił porządkowych zamieszki na ulicach trwały do późnej nocy, a tłum atakował m.in. budynek Komitetu Miejskiego PZPR, jeden z komisariatów oraz kasyno milicyjne.

Po stłumieniu zamieszek władze PRL przedstawiły je jako wybryki o charakterze chuligańskim, których celem miało być "niszczenie społecznego mienia". Dwunastu uczestników manifestacji skazano na kary pozbawienia wolności od pół roku do sześciu lat więzienia.