Święta na Mokotowie w 1948 r.

Ustaliłyśmy, że musimy mieć szopkę! Ale jak? Z czego? Co my tu mamy w celi, z czego można by coś zmajstrować? Nic! No co? Sienniki z pokruszoną słomą? A jednak! To sienniki nasunęły nam myśl: spomiędzy lichej tkaniny wysuwały się wiecznie kłujące nas kłoski. Zbieramy kłoski! Co dalej? Mamy brzozową miotłę, wyciągamy kilka patyczków, z których budujemy zrąb naszej szopki: cztery pionowe, dwa tylne dłuższe, dwa przednie krótsze, do nich przywiązujemy nitkami z siennika po trzy patyczki tworzące ścianki boczne i tylną, kilka na dach. Te na dachu oblepiamy wyrobionym miękiszem z chleba, w który wtykamy równiutko kłoski, jeden przy drugim. Powstaje maleńka strzecha i już jest śliczna szopeczka. Któraś z dziewczyn ma zdolności plastyczne i lepi z chleba postacie Matki Boskiej, świętego Józefa, maleńki żłobek z Dzieciątkiem, a nawet osiołka, owcę i krówkę. Brak tylko oświetlenia, świeczek. I na to znalazła się rada — w paczkach były orzechy włoskie: dwie łupinki wypełnione smalcem, jakiś knotek z nici i są dwa maleńkie znicze! To naprawdę było śliczne! Szopka ta stała na taborecie za stołem, wszystkie oglądałyśmy ją bez końca i z radością. Liczyłyśmy, że w czasie świąt nie będzie rewizji i jakoś uda nam się choć kilka dni ją utrzymać.

Wigilia, wiadomo, cóż po smaczniejszym jedzeniu, kiedy tyle było smutku, tęsknoty, niepewności losu. Ale dla pocieszenia wystawiłyśmy po zmroku naszą szopeczkę na stół, zapaliłyśmy światełka i cichutko śpiewałyśmy kolędy. W gmachu była cisza, na naszym oddziale ani szelestu, chwila wytchnienia, jakże, niestety, złudna.

Brzęk kluczy, otwieranej sztaby, któraś szybko stawia naszą szopeczkę na taboret pod stół, wchodzi oddziałowa. Żal - nie będzie szopki, będą jakieś wrzaski i kary. Stoimy milcząc, oddziałowa mówi: „Pokażcie, co tam macie!”. Nie ma co udawać, kłamać, wystawiamy szopeczkę na stół. Niezgaszone świeczki migocą, oddziałowa przygląda się w milczeniu, ogląda szopkę dokładnie i mówi, a my nie wierzymy własnym uszom: „No, zostawcie to sobie na święta, ale po świętach wystawicie tę szopkę na korytarz”. I tyle, poszła, drzwi zamknęła, a my stałyśmy oniemiałe. To ta sama oddziałowa, która wrzeszczała o byle co, potrafiła wymieszać nam cukier z paczek z tytoniem, tu niespodziewanie taki ludzki odruch: nie zrzuciła tej szopki na ziemię, nie połamała, nie podeptała - ona się zwyczajnie, po ludzku, wzruszyła. A szopkę, wedle rozkazu, wystawiłyśmy ostrożnie po dwóch dniach świąt na korytarz, w czasie wystawiania kibli i pobierania wody. Pewnie oddziałowa zabrała ją do domu, bo to naprawdę była ładna szopka, a oddziałowa - zdumiewające - była też człowiekiem - wspominała Boże Narodzenie w 1948 r., Ewa Ludkiewicz, harcerka Szarych Szeregów.

Zdjęcie sygnalityczne Ewy Ludkiewicz. Fot. Archiwum IPN.