Alfred Łpieś o ucieczce z Rakowieckiej



W czasie Powstania gdy Niemcy postanowili wymordować więźniów Rakowieckiej wybuchł bunt.

Uciekaliśmy boso po spadzistym dachu mówi Alfred Łąpieś ps. „Mały”, który z 2 na 3 sierpnia 1944 r. uciekł Niemcom. Poniżej obszerne fragmenty wywiadu o ucieczce z więzienia i czasie Powstania.

Uciekaliśmy boso po spadzistym dachu

Z Alfredem Łąpiesiem ps. „Mały”, który z 2 na 3 sierpnia 1944 r. uciekł Niemcom z więzienia na Rakowieckiej rozmawia Jarosław Wróblewski

Mieszka pan dziś w Koszalinie, choć pochodzi z Warszawy… - Urodziłem się 15 kwietnia 1929 r. w Warszawie, ochrzczony zostałem w kościele pw. św. Michała przy ul. Puławskiej. Mieszkaliśmy na ul. Olkuskiej 12 na Mokotowie. Ojciec i starszy o 10 lat brat Edward byli stolarzami. Miałem też starszą o 5 lat siostrę Wandę. Podczas wojny brata poszukiwało gestapo, jako bandyty. Byli po niego dwa razy i przez to aresztowano mnie, bo za trzecim razem byłem w domu.

Dlaczego tak interesował Niemców? - Był zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej Pułku „Baszta”. Robił jako stolarz tajne magazyny na broń, robił ich wiele. Miałem nawet pisma od „Zośki” i „Parasola”, że były robione przez niego na Mokotowskiej i Nowogrodzkiej. On zawsze z kimś wchodził do takiego budynku. Pamiętam, że kiedyś był umówiony z dozorcą, którędy będą uciekać w razie wejścia Niemców. Byłem z nim kiedyś na takiej akcji, obserwowałem bramę, chodziłem z „Kurierem Warszawskim” i w razie zagrożenia miałem ściągnąć beret z głowy. Jego pracownik obserwował mnie z okna, choć ja nie wiedziałem, w którym byli mieszkaniu.

Jak pan został aresztowany? - Ktoś musiał brata wydać, może po jakiejś wpadce, bo brat robił te skrytki w wielu miejscach. Niemcy przyszli do naszego domu po niego i zapytali, czy jest „starszy bandyta”. Mama powiedziała, że wyszedł z domu i nie wiadomo, gdzie jest. Jeden z gestapowców kazał więc mi wyjść i podstawił mi nogę. Powiedzieli, abym poszedł z nimi. Zabrali mnie na Szucha, gdzie byłem tak bity, że aż mi warga wisiała. Twardy to byłem. Mogli mnie bić i włosy garściami wyrywać. Zadawałem sobie wtedy pytanie: czy byłem zdolny zdradzić swojego brata? Z Szucha przewieźli mnie 30 marca 1944 r. na Rakowiecką – na wymianę. Miałem za niego wyjść z więzienia, kiedy on się zgłosi – tak powiedzieli matce, że jak brat się zgłosi sam, to i on, i ja będziemy żyć, a jeśli nie, to rozstrzelają nas obu.

Miał pan wówczas 14 lat i był w konspiracji? W harcerstwie? - Nie, nie byłem. Rodzice też nie byli w konspiracji. Przenosiłem jedzenie do getta. Byłem zwinny. Robiłem to w tajemnicy przed rodzicami. Mój kolega Edek, syn węglarza został zabity za taką pomoc przez Niemców.

Co pan wiedział o więzieniu na Rakowieckiej, zanim do niego trafił? - Wiedzieliśmy bardzo mało, że odbywają się tam egzekucje, że wieszają skazanych na karę śmierci na szubienicy albo zabijają strzałem w piwnicach. Ojciec podczas rozmowy z matką w domu mówił, że tam rozstrzeliwują ludzi z podziemia.

Jak wyglądał pana przejazd z Szucha na Mokotów? - Przywieźli mnie w dzień w dwójkę gestapowcy samochodem osobowym. Najpierw siedziałem w celi na parterze, tam nas było chyba ze czterdziestu. Tak jak ja byli raczej pobici. Po paru dniach trafiłem na inny oddział, gdzie siedziało nas 9-10 w celi.

W jakim pawilonie pan siedział? - To był I pawilon, VII oddział, cela 37. Byłem w celi z 19-letnim harcerzem, który przez alfabet Morse’a dowiadywał się nazwisk osób, które przybywały do więzienia. Miał chyba Ryszard na imię, ale nie jestem tego do końca pewien. Byłem prawdopodobnie najmłodszy w celi. Pamiętam też chłopaka, do którego mówiliśmy Ziutek. Był też ktoś z Ochoty, którego ciotka prowadziła sklep kolonialny.

Za co byli przetrzymywani? - Chyba podobnie tak jak ja – na wymianę. W naszej celi nie było kryminalistów, tylko polityczni.

Był pan przesłuchiwany na Mokotowie? - Raz. Przyjechali z Szucha i wezwał mnie naczelnik więzienia, był w oficerkach. Zapytał, czy tęsknię za domem, powiedziałem, że bardzo. Zapytał, czy teraz im coś powiem. Odpowiedziałem, że jakbym wiedział, to bym już dawno im to wszystko powiedział. – To jeszcze posiedź – tak mi powiedział na koniec. Byłem w tym więzieniu do początku Powstania Warszawskiego.

Czy komuś przed wybuchem Powstania udało się uciec? - Kiedyś przez kraty z okna widzieliśmy w lipcu, jak więźniowie, chyba z konspiracji, uciekali po dachach. Niemcy się wychylili i do nich strzelali pojedynczymi strzałami. Nie wiem, kim byli. To była pierwsza ucieczka, jaką widziałem.

Na Rakowieckiej Niemcy trzymali żołnierzy podziemia? - Myślę, że tak. Jak wypuszczano nas na spacer, to widziałem też starszych wiekiem więźniów, starych kryminalistów. Ale myślę, że reszta była z podziemia.

Wywożono zabitych więźniów? - Pamiętam, że karetka więzienna wyjeżdżała w nocy, ale nie wiem, dokąd.