Arsenał Solidarności Walczącej


Na wystawie „Muzeum Solidarności Walczącej”, którą można zobaczyć w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, uwagę przykuwa sala, gdzie eksponowana w gablotach jest... broń. Dlaczego są tam pistolety, kałasznikowy, trotyl czy granaty? Jak i dlaczego je zdobywano i czy miały zostać użyte…

Gotowi do oporu Były członek Komitetu Wykonawczego Solidarności Walczącej - Roman Zwiercan zapytany od kiedy w Solidarności Walczącej była myśl, że opór może się przekształcić w realną walkę z komunistami, mówi ze spokojem: - Może nie do końca była myśl, że ma się przekształcić w realną walkę, bo byliśmy większymi realistami i zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie podjąć równorzędnej walki z komunistami. Zamiast tego będziemy stosować czynną samoobronę, to bardziej o to chodziło. Nieszykowanie się do otwartego starcia, tylko to miało pełnić funkcje ochronne i odstraszające i bardzo mocno zostało wyartykułowane po zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki w 1984 r. Sama nazwa Solidarności Walczącej sugerowała walkę i w jakimś sensie właśnie dlatego zaangażowałem się w jej działalność. Ten mit walki czynnej był nawet w tytule pisma „Solidarność Walcząca”. Zwiercan mówi, że nie rozmawiał o tym osobiście z Kornelem Morawieckim. Jego zwierzchnikiem w trójmiejskiej Solidarności Walczącej był Andrzej Kołodziej, który jeździł na spotkania z Morawieckim do Wrocławia.

Solidarna czy walcząca? Na pytanie czy określenie „walcząca” nie zaprzeczało idei słowa „solidarność” Roman Zwieracan odpowiada: - Są tacy, co chcą walczyć. Dla mnie słowo walka kojarzyło się z bronią w ręku. Pamiętam, że u wielu osób to zestawienie kojarzyło się źle, nawet, u tych którzy dość mocno byli zaangażowani w Solidarność Walczącą, tak jak Wiesia Kwiatkowska. Ona dokumentowała to, co się działo w Grudniu 1970 r. Nikt inny w całej Polsce nie wiedział o tych wydarzeniach tyle, ile ona wiedziała, do czego są zdolni komuniści, że strzelali do bezbronnych ludzi. Kilkakrotnie z nią o tym rozmawiałem, i ona uważała, że trzeba działać tylko pokojowo jak Gandhi, non violence, nastawić drugi policzek…, że my mamy być inni niż komuniści, nie działać ich metodami. To był sposób myślenia, że broń Boże - żadnej broni. Moje argumenty były w rozmowie z nią takie, że pokojowo można walczyć z rządem, który jest demokratyczny, ale u nas, w Polsce nie wierzyłem, że to jest możliwe. Z tym, że my chcieliśmy przygotować się do skutecznej obrony przed komunistami, a nie ataku, starcia z nimi. Jeżeli mają mnie skatować, wyrywać paznokcie czy zabić - to ja chcę się przed tym bronić. Jak będę miał możliwość, to się będę bronił. Taka była myśl i jestem pewien, że to skutkowało, że oni czuli respekt. Zawsze liczą się tylko z silnymi. W Kopalni Wujek też górnicy przygotowywali się do obrony przed pacyfikacją przez ZOMO”. Jakiś po tej tragedii próba rozbrojenia milicjanta Karosa, uświadomiła mi, że ktoś w Polsce chce też walczyć, chce mieć broń, To był sygnał, który tak odczytałem – że inni też chcą być gotowi do obrony – wspomina Roman Zwiercan. Przywołuje również przykłady, że w Solidarności był obecny tzw. „mały sabotaż” wobec komunistów, wzorowany na tym wobec niemieckiego okupanta z okresu II wojny, choćby ze wspomnień żołnierzy batalionu „Zośka”.

Petarda na pochodzie W książce „Solidarność Walcząca. Oddział Trójmiasto” jest opis szerzej nieznanej akcji podczas pochodu pierwszomajowego w Gdyni w 1985, kiedy Bogdan Partyka członek grupy Solidarności Walczącej w stoczni w Gdyni rzucił petardę „załatwioną” z Marynarki Wojennej wprost pod trybunę pierwszomajową, na której siedział radziecki konsul. „Kilka dni przygotowywałem się do tego zadania. Trenowałem rzucając kamieniem o podobnej wadze, aby poleciał jak najdalej, czyli jak najbliżej trybuny i umieszczonych tam mikrofonów. W decydującym momencie rzuciłem petardę zza budki na Skwerku Żeromskiego przy rogu Świętojańskiej i 10 Lutego. Efekt był imponujący. Głośny wybuch petardy tuż przy mikrofonach mikrofony zwielokrotniony została przez rozmieszczone wzdłuż ul. Świętojańskiej kolumny głośnikowe i odnieść można było wrażenie, że to nie petarda wybuchła, ale jakaś ogromna bomba – wspomina Partyka. Roman Zwiercan mówi, że tego dokonał jeden człowiek, który zrobił tak skuteczną akcję na własną rękę, bo oficjele z trybuny uciekli, a pochód się rozproszył, ale ważne było panowanie nad takimi inicjatywami, ponieważ w innych, nieskoordynowanych - mogły już polecieć prawdziwe granaty. Dodajmy, że Bogdan Partyka swój wyczyn powtórzył później w gdyńskiej stoczni, kiedy świecę dymną wrzucił do pomieszczenia, w którym obradowali działacze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Zwiercan mówi, że wrzucano też na takie spotkanie ampułki z kwasem masłowym, które powodowały straszny fetor. Zablokowano od zewnątrz drzwi i partyjni wyskakiwali przez okna na parterze: – Te historie były tuszowane przez bezpiekę. W Raporcie Wojewódzkim Służby Bezpieczeństwa w Gdyni o tych wydarzeniach, mimo, że komórka SB ze stoczni przekazała tą informację wyżej – to się nie znalazło. SB nie raportowała o tym do centrali, może nie chcąc pokazać swojej słabości.

Ujawnienie i oburzenie Kiedy na światło dzienne wyszła informacja, że Solidarność Walcząca miała broń? - Dwanaście lat temu, w 2010 r., w Muzeum Miasta Gdynia zrobiliśmy wystawę i zapadła wtedy decyzja, że ujawniamy to, że przygotowywaliśmy się do czynnej samoobrony i była plansza, gdzie była wydrukowana ilości broni jaką mieliśmy. Wtedy były obchody 25-lecia Solidarności Walczącej Trójmiasto i to było jakby okazją do przedstawienia tej wystawy. Obawialiśmy się, czy możemy to opublikować, czy ktoś nie będzie nam zarzucał, że to byli terroryści. Kornel Morawiecki uznał wówczas, że to jest najwyższa pora, że możemy i powinniśmy się do tego przyznać – mówi Roman Zwiercan. Zofia i Zbigniew Romaszewscy zobaczyli tą wystawę zaproszeni przez Kornela Morawieckiego: - Kiedy doszliśmy do planszy, gdzie były wydrukowane obrazki z bronią gromadzoną przez nas w latach 80. z komentarzem, że przygotowywaliśmy się na wszelki wypadek. Wówczas Zosia Romaszewska, była tym oburzona i powiedziała, że dała się oszukać w 1987 r. po aresztowaniu Kornela, że broniła go, uważając, że nie miał zupełnie nic wspólnego z terroryzmem. Uważała, że to było coś nagannego, choć nie zgadzam się z tym, ponieważ, my tej broni nie użyliśmy, nie strzelaliśmy do ubeków, choć byliśmy gotowi do obrony przed nimi.

Podziemny arsenał Na koniec 1986 r. trójmiejska Solidarność Walcząca dysponowała w pełni sprawnymi sztukami broni krótkiej jak: Walter, P-64, Luger, PM Skorpion, PM 63 oraz dwoma Kałasznikowami i kilkoma sztukami jednostrzałowej broni ręcznej i materiałami wybuchowymi. - Broń pochodziła z różnych źródeł. To było tak, że mieliśmy dwa popularne Kałasznikowy, które kupiliśmy w od wartowników w Porcie wojennym w Gdyni. Ciekawostka polegała na tym, że po jakimś czasie jak zrobili remanent w magazynie broni na terenie portu, to jeszcze mieli jej nadmiar. Nie było więc afery, że coś zginęło. Kałasznikowy kosztowały nas 100 dolarów, czyli wówczas trzy pensje – mówi Zwiercan. Pytany skąd były granaty, opowiada o człowieku, który je dostarczył: - Od chłopaka, który wrócił z wojska w 1986 r. W wojsku, na poligonie „wygospodarowali” sobie ileś tam sztuk granatów i jak wrócił z wojska to jeden granat miał w szufladzie i na takim spotkaniu towarzyskim po prostu wyjął go i pokazał. Okazało się, że takich granatów ma z kolegami całą skrzynkę. To była ich taka ich „pamiątka z wojska”. On nie wiedział komu do końca to przekazuje, wiedział tylko że dla opozycji. Dwa miesiące później został zaprzysiężony do SW. Skąd była inna broń? – Skorpiona przywiózł, człowiek, który pojechał po dynamit na Śląsk. Przywiózł dynami w takich plastrach i karabinek Skorpion. Ktoś mu go dał gratis. Za komuny ludzie kombinowali i wynosili wówczas z pracy różne rzeczy – to świadczyło o ich zaradności. Broń spływała do nas z różnych miejsc. Przerabiano pistolety do wstrzeliwania kołków w ścianę, które można było sobie normalnie kupić w sklepie budowlanym, ale do czasu. Tak samo jak do nabycia był chloran potasu do płukania gardła, który został później wycofany z aptek, ponieważ został użyty do wybuchu pod komitetem w Gdyni – mówi Roman Zwiercan, który w okolicznych lasach testował zapalniki i detonatory.

Pistolet maszynowy wykonany w stoczni Swoistym fenomenem w historii trójmiejskiej Solidarności Walczącej był tajnie wykonany w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni pistolet maszynowy PM3. Jego projekt techniczny dotarł do Polski w lipcu 1986 r. Andrzej Kołodziej przekazał jego schemat Romanowi Zwiercanowi. Jakie były kulisy jego produkcji? – On był wykonany na wzór amerykańskiego pistoletu M3 z okresu II wojny światowej. Bardzo uproszczona konstrukcja. Dostaliśmy jego plany z zagranicy, a dokładnie ze Szwecji w formie niewywołanych negatywów, pociętych na pojedyncze klatki, z których w ciemni robiłem fotografie na papierze w formacie A4. Dziś wiem, że była to broń pochodząca z USA, niekonwencjonalna, robiona hobbystycznie przez pasjonatów w domowych warunkach i bez użycia nawet sprzętu specjalistycznego. Z potrzebnych elektronarzędzi narzędzi wystarczyła tylko wiertarka, nawet bez tokarki. Dlatego stocznia było idealnym miejscem do takiej produkcji. Wymagało to jednak czasu i cierpliwości. Według Romana Zwiercana za tą produkcję odpowiadał inż. Jerzy Miotke ze stoczniowego biura konstrukcyjnego, który miał spolszczyć instrukcję przerabiając m.in. cale na centymetry. Zlecenie na wykonanie tego dostał człowiek o imieniu Bolek, który zlecał innym jako tzw. fuchy wykonanie poszczególnych elementów nie wyjawiając do czego one służą – wspomina Zwiercan. Po kilku miesiącach prototyp był już gotowy. Próbne strzelanie wykonali w trójmiejskich w połowie lutego 1987 r.: - Sprawdziliśmy jego działanie w lesie między Rumią a Gdynią razem z „Bolkiem” i chyba z Markiem Bielińskim. Wszystko działało, należało tylko jeszcze zabezpieczyć broń przed korozją, więc powędrowała z powrotem na warsztat. Bieliński z „Bolkiem” przerobili również w stoczni broń gazową na ostrą. Powstał tam również jednostrzałowy pistolet na amunicję 5,6 mm, od Kbks (Karabinek Sportowy).

Produkcja bomb W gdyńskiej stoczni były również wykonywane elementu do produkcji bomb. Roman Zwiercan zlecił ich wykonanie Marianowi Pokojskiemu. – Nie mówiłem do czego ma to służyć, ale dawałem określone wymiary rury i gdzie ma być zaślepiona, a gdzie mam mieć, osadzony gwint z otworem na przewód. On udawał, że nie wie do czego to ma służyć, a ja nie tłumaczyłem. On to podrzucał w określonym miejscu, a ja to znajdowałem. W razie czego bym się tłumaczył, że znalazłem w krzakach jakieś żelastwo, nie wiadomo skąd – mówi Roman Zwiercan. W książce o trójmiejskiej Solidarności Walczącej jest równie informacja, że Edward Frankiewicz stworzył samodzielną grupę sabotażową na terenie Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni stworzył Edward Frankiewicz, a jej działania zostały opisane przez: Edwarda Frankiewicza, Jana Grabowskiego, Marka Bielińskiego, Mirka Korsaka i Andrzeja Tyrkę. Frankiewicz wspominał: „W grupie sabotażowo-dywersyjnej w stoczni były trzy osoby, które zajmowały się bezpośrednim przygotowaniem elementów militarnych: toczeniem części do broni i zdobywaniem trotylu, lontów i innych środków chemicznych. Zajmowali się też spawaniem pojemników do bomb. Byli to: Henryk Parszyk, Marek Bieliński oraz Bogdan Pełka, którzy nigdy nie zostali rozpracowani przez SB.

Elementarz sabotażysty Na wystawie „Muzeum Solidarności Walczącej” można zobaczyć odbitki fotograficzne tajemniczych schematów z opisami, które mają zaczernione pewne słowa. W lipcu 1986 r. po za schematem do produkcji pistoletu maszynowego, do Gdyni dotarł wówczas profesjonalny sprzęt do nasłuchu radiowego „Scaner”, oraz instrukcja produkcji materiałów wybuchowych z ogólnodostępnych składników, którą Roman Zwiercan otrzymał również od Andrzej Kołodzieja. - To był elementarz receptur do produkcji różnego rodzaju materiałów, służących do sabotażu. To nie były tylko materiały wybuchowe. Tam były schematy, opisy w języku polskim pisane na maszynie. Dostaliśmy to również w formie negatywów, również do wywołania i również ja to wywoływałem. Dla mnie to jest jednoznaczne, że to jakieś służby, musiały w tym maczać palce, bo przecież normalny obywatel Ameryki, Francji czy Szwecji dostępu do takich informacji nie mógł posiadać. Bo to taki podręcznik małego sabotażysty. Są sposoby skutecznego unieruchomienia samochodu, wywoływania z opóźnieniem poż