Boże Ciało w 1953



- Miałem z nim bardzo ciekawe spotkanie, w pewnym sensie bliskie, ponieważ zostałem wyznaczony jako młody kleryk do asysty na procesji Bożego Ciała 4 czerwca 1953 r. Chociaż miałem dopiero 17 lat, chodziłem już w sutannie i udawałem księdza. Niosłem więc dostojnie pastorał przed kardynałem Wyszyńskim, który trzymał monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Miałem wtedy okazję wejść na stopnie ołtarza przy kościele św. Anny w Warszawie, z którego prymas mówił kazanie. Stałem od niego w odległości 1,5-2 m i widziałem z bliska, z jakim przekonaniem i mocą przemawiał do tłumu wiernych. Słuchano go z wielkim entuzjazmem. Wtedy nie oklaskiwano, bo dopiero przy papieżu pojawił się ten zwyczaj, ale ludzie bardzo go słuchali. On pięknie mówił. Takie tłumy można było zobaczyć na uroczystości katolickiej tylko tego dnia. Inne tłumy brały udział w propagandowych masówkach (...)

Co mówił wtedy ksiądz prymas w kazaniu, uznawanym za jedno z najostrzejszych, którego – według jego zapisków – słuchało wtedy około 200 tysięcy wiernych? - Mówił wtedy twardo: Kościół, jak niegdyś, przed wiekami, tak i w ojczyźnie naszej przez biskupów swoich musi bronić i bronić będzie – nawet do oddania własnej krwi – wolności kapłaństwa Chrystusowego, bo ta obrona oznacza obronę wolności sumienia, bo ta obrona oznacza zarazem obronę głębin kultury ducha. Rozumie to Kościół cały. Rozumieją to również ludzie poza Kościołem, choćby najbardziej niekatolicko postępowi. I dlatego też naród polski broni religii i swego kapłaństwa od zbiurokratyzowania. Uważał i uważa etatyzację duchowieństwa za największą krzywdę, za pogwałcenie najbardziej istotnych praw sumienia człowieka. A świadectwo takiego rozumienia rzeczy mamy nawet w słowach najbardziej radykalnych rewolucjonistów, gdyż i oni dochodzili do wniosku, iż choćby wszystkie objawy życia były zetatyzowane, to nie wolno sięgać do duszy kapłana, bo to byłoby największym barbarzyństwem. Nie wolno sięgać do ołtarza, nie wolno stawać między Chrystusem a kapłanem, nie wolno gwałcić sumienia kapłana, nie wolno stawać między biskupem a kapłanem. Uczymy, że należy oddać, co jest cezara, cezarowi, a co Bożego – Bogu. Ale gdy cezar siada na ołtarzu, to mówimy krótko: nie wolno!. Tym kazaniem bez wątpienia naraził się komunistom. Mówił o cezarze, ale to brzmiało, jakby mówił o carze, że nie pozwoli siadać carowi na ołtarzu. Mówił to z takim przekonaniem, jak człowiek niezłomny.

Kilka miesięcy później został aresztowany, mimo porozumienia podpisanego w 1950 r. z rządem... - On jednoznacznie upominał się o należne prawa. Nawet później dowiedziałem się, że krytykowano go w Watykanie za to porozumienie, że dogadał się z komunistami. Jednak później słyszałem na własne uszy, jak mówił, że wiedział, że komuniści nie będą przestrzegać tego porozumienia, ale w dyskusjach z nimi musiał mieć jakiś prawny punkt odniesienia. To porozumienie stanowiło więc dla prymasa jakiś argument, do którego jednak władza się nie stosowała, choć on reagował, pisał w tej sprawie memoriały do władz.

Fragment wywiadu Jarosława Wróblewskiego z ks. Janem Sikorskim "Słuchaj, im się nie wierzy", który ukazał się w 15 numerze Biuletynu Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL "Rakowiecka37"|.

0 wyświetleń