Franciszek Batory w Muzeum



Dziś nasze Muzeum odwiedził 95-letni Franciszek Batory, brat zamordowanego 1 marca 1951 r. na Rakowieckiej Józefa Batorego "Argusa", członka IV Zarządu Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Panu Franciszkowi towarzyszył Romuald Rzeszutek budujący w Mielcu Polsce pomnik Żołnierzy Wyklętych. Oddali oni hołd pomordowanym na Rakowieckiej członkom IV Zarządu WiN i innym ofiarom zbrodni komunistycznych

Pan Franciszek Batory na portalu korsokolbuszowskie.pl tak wspominał proces swojego brata, w którym wówczas uczestniczył:

Rozprawa rozpoczęła się 5 października 1950 roku. - Miałem wtedy 21 lat. Przysłuchiwałem się tym potwornym oskarżeniom. Widziałem tych wspaniałych ludzi, wynędzniałych trzyletnim śledztwem i więzieniem. Nawet w obliczu śmierci, która niewątpliwie im groziła, zachowywali się bardzo godnie i honorowo

– opowiada.

O tym, że Józef Batory nie żyje, jego brat dowiedział się w kwietniu 1951 roku. -

Pojechałem do Warszawy, żeby starać się podać paczkę do więzienia dla brata. Kiedy dotarłem na ul. Rakowiecką, paczki ode mnie nie przyjęto, tylko powiedziano mi, żebym udał się do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Tak też zrobiłem. Dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w mundurach oficerskich, poinformowało mnie, że brat został stracony, że prezydent z prawa łaski nie skorzystał i żebym poszedł do Urzędu Stanu Cywilnego Warszawa Śródmieście, bo tam już powinien wpłynąć akt zgonu. Poprosiłem wtedy, aby wydano mi pamiątki po bracie i wskazano miejsce, gdzie został pochowany. Oczywiście niczego takiego nie wskórałem. Powiedziano mi tylko, że nie wydaje się pamiątek

– wspomina.

Pan Franciszek wrócił z Warszawy do Kolbuszowej. Przywiózł ze sobą akt zgonu brata Józefa, z którym udał się do kancelarii parafialnej w Kolbuszowej, gdzie odnotowano w księgach, że jego brat nie żyje.

- W 1957 roku napisałem do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, domagając się dostępu do akt sądowych. Ku mojemu zdziwieniu wyrażono zgodę. Była tam również zalakowana koperta z imieniem i nazwiskiem brata oraz z dopiskiem: „Wyrok śmierci wykonano”. Niestety nie mogłem jej otworzyć. Dopiero po kilkunastu latach, kiedy ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym został Aleksander Bentkowski, rzeszowski adwokat, polecił on złamanie pieczęci. Wówczas dowiedziałem się jak zginął mój brat. Wyrok był wykonany na sposób katyński – strzałem w tył głowy. W odstępach pięciominutowych, jeden po drugim byli wyprowadzani i traceni.

Pan Franciszek wielokrotnie zwracał się do władz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej w Warszawie, z pytaniem, gdzie Józef Batory został pochowany. Odpowiedź była zawsze jedna: ewidencja grzebanych nie była prowadzona.

- Wiele rzeczy o tych straconych dowiedziałem się później od kapitana Ludwika Kubika, także członka IV Zarządu Głównego Zrzeszenia WiN, który dostał karę dożywotniego więzienia, a kiedy nastąpiły zmiany październikowe w Polsce w 1956 roku, został uwolniony. Opowiedział mi on w jak potwornych warunkach przebiegało śledztwo. W jaki sposób wymuszano zeznania. Mojego brata wyprowadzano z celi w mroźne dni na zewnątrz i polewano wodą, na którym ta woda zamarzała. Potworne były to metody.

Całość: https://korsokolbuszowskie.pl/.../TRxSUb8IEnVojh5lMKex


Galeria:


105 wyświetleń