Grypsy z celi śmierci ppłk Łukasza Cieplińskiego

W Muzeum w X Pawilonie więzienia na Rakowieckiej nagrano niezwykły spektakl, którego nagranie dołączyliśmy do ostatniego Biuletynu.



Grypsy pisane przez więźniów są próbą przekazania informacji, której nie można zawrzeć w oficjalnej korespondencji. Forma ta nabiera szczególnego wymiaru emocjonalnego, gdy próbę takiego kontaktu ze światem zewnętrznym podejmuje więzień polityczny skazany za opór wobec reżimu na długoletnie więzienie lub na karę śmierci. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku cudem ocalonego zbioru grypsów napisanych przez ppłk Łukasza Cieplińskiego na przełomie lat pięćdziesiątych, w zbiorowej celi śmierci więzienia na Mokotowie. Autor grypsów, wychowanek Korpusu Kadetów nr 3 w Rawiczu, później Szkoły Podchorążych Piechoty w Komorowie, od 1936 r. pełnił służbę w 62. pp w Bydgoszczy początkowo jako dowódca plutonu, a następnie kompanii przeciwpancernej. Podczas kampanii wrześniowej 1939r. odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari za zatrzymanie jednego z niemieckich ataków w Bitwie nad Bzurą. Brał udział w obronie Warszawy, a po kapitulacji wszedł w struktury konspiracyjne SZP-ZWZ-AK pełniąc początkowo funkcje komendanta Obwodu (1940), następnie Inspektora ZWZ-AK Rzeszów (1941-1945). Uważany za wybitnego przedstawiciela dowódców młodszego pokolenia, angażowany był w kolejnych organizacjach niepodległościowych takich jak "Nie", Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj a w końcu Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość", po utworzeniu którego jesienią 1945 r., pełnił kolejno funkcje prezesa Wydziału WiN Kraków, Obszaru Południowego, a od stycznia1947 r. prezesa ostatniego IV Zarządu Głównego WiN. Aresztowany 28 listopada 1947 r. w Zabrzu, przeszedł okrutne, wypełnione torturami psychicznymi i fizycznymi, śledztwo pod nadzorem MBP w Warszawie. W październiku 1950 r. wraz z sześcioma współpracownikami z IV ZG WiN, został skazany przez WSR w Warszawie na karę śmierci, którą wykonano 1 marca 1951 r. To podczas tych kilku miesięcy oczekiwania na ułaskawienie lub wykonanie wyroku, Łukasz Ciepliński pisał ołówkiem na cienkich bibułkach papierosowych grypsy do żony Jadwigi i trzyletniego wówczas synka Andrzejka, których treść niezwykle intymna, pełna słów miłości i tęsknoty do najbliższych, zawiera jednocześnie przesłanie moralne, które kilkadziesiąt lat później urosło do rangi symbolicznego pożegnania całego, zaangażowanego w pierwszą i drugą konspirację niepodległościową pokolenia, a nade wszystko testamentu mordowanych po wojnie polskich patriotów, umierających z wiarą, że z ich ofiary wyrośnie kiedyś wolna Polska. W 2011 roku dzień 1 marca został ustanowiony Narodowym Dniem Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" Usłyszą ten głos?

Tak, to się musiało wydarzyć wieczorem. Choć przygotowania trwały cały dzień. Znów pod X Pawilon podjeżdżały samochody i ludzie z ekipy wnosili kilometry kabli, reflektory, rusztowania, statywy, kilkanaście czarno-stalowych wielkich skrzyń. Wśród tego rozgardiaszu uwija się Arek Gołębiewski. Wciąż coś poprawia, sprawdza, komentuje. Scenografii nie budują – za scenografię starczyć musi autentyczny przecież korytarz tuż przy celi Cieplińskiego, Jego portret, stołek więzienny, niebieskie światło chwilami przechodzące w fiolet i obraz Jasnogórskiej Pani. Tekst grypsów faluje emocjami – elektryzuje i hipnotyzuje nas słuchających, a przecież tu, w Muzeum, mamy na co dzień styczność z niezwykłymi pamiątkami: mundur „Zapory”, podeszwy butów „Inki” (jakże drobne, dziewczęce), stuła księdza Gurgacza, czy zeszyty szkole Emila Barchańskiego – to tylko niektóre z bezcennych pamiątek, wśród których przyszło nam pracować – a jednak dotknąć tych bibułek, zapisanych „od deski do deski”, ciasno, najciaśniej, tak, by zmieścić całą tęsknotę, marzenia i ból, i rozpacz, i wiarę, i nadzieję wbrew rozpaczy – to jakby dotknąć najcenniejszej relikwii polskiej. Rzadko wydobywane na światło dzienne grypsy Łukasza Cieplińskiego to niezwykły przykład epistologii polskiej na najwyższym poziomie, to też literatura – i to jaka! Tu, w tych samych korytarzach, gdzie był, gdzie ściany zdają się pamiętać – głos aktora całkowicie przenosi nas w przeszłość stalinowskiego piekła… Marcin Kwaśny jest dziś starszy od Pułkownika o całe pięć lat, ale staje się nim, staje się jego głosem, głosem przenikającym nas, zasłuchanych, docierającym do szpiku kości, głosem Polski. Tamtej Polski zakatowanej, zamordowanej, wrzuconej do dołów śmierci. Czy stanie się ziarnem? Czy dotrze do młodych? Czy usłyszą ten głos? Na zakończenie anielskim głosem zaśpiewała Klaudia Kołata utwory „O usłysz mój głos” na motywach Preludium e-mol op. 28 nr. 4 Fryderyka Chopina oraz „Ave Maria” Gulio Cacciniego