Kulisy powstania wiersza "Idą pancry na Wujek"


Autorem tekstu pieśni "Idą pancry na Wujek" jest prof. MACIEJ BIENIASZ, malarz, grafik, rysownik, pedagog, poeta, emerytowany wykładowca ASP w Katowicach (wcześniej była to filia krakowskiej ASP). Pana profesora poznałem 11 listopada 2016 r. w Filharmonii Podkarpackiej, gdzie przyjechali wraz z synem na koncert grupy Contra Mundum. Trochę porozmawialiśmy, wymieniliśmy się numerami komórek. W efekcie powstał tekst o kulisach powstania tekstu "Pancrów", który został opublikowany w tygodniku "Sieci" z okazji 35. rocznicy masakry w "Wujku". Udostępniam go tu w całości (wraz ze zdjęciem profesora, zrobionym 5 lat temu w Filharmonii).

IDĄ, IDĄ PANCRY NA "WUJEK"

- Co to tak dudni na ulicy? - To pancry. - Pancry? - Ja, idą na "Wujek".

Ten dialog Macieja Bieniasza ze starą Ślązaczką, która codziennie przynosiła mu jedzenie do katowickiego mieszkania, gdzie się na początku stanu wojennego ukrywał, zaowocował powstaniem jednego z najsłynniejszych, najbardziej przejmujących wierszy tamtego czasu. Był 16 grudnia 1981 roku.

Jak krakus został „Ślązakiem z wyboru”

Profesor Maciej Bieniasz, rocznik 1938, wybitny malarz i rysownik, profesor, emerytowany pedagog katowickiej ASP, pochodzi z Krakowa. Tam ukończył Wydział Malarstwa na ASP. W 1966 roku, wraz ze Zbylutem Grzywaczem, Jackiem Waltosiem, Leszkiem Sobockim i Barbarą Skąpską, założyli słynną artystyczną grupę "Wprost", stawiającą na realizm nasycony treściami egzystencjalnymi. Grupa działała do 1986 roku.

Prace profesora można podziwiać w muzeach w całej Polsce. W 1969 roku Maciej Bieniasz przyjechał na Śląsk z żoną Małgorzatą, która w Katowicach miała organizować filię UJ. Filia stała się później zalążkiem Uniwersytetu Śląskiego.

Przyznaje, że na początku trudno było mu zaadaptować się do nowych warunków. – Katowice mnie przerażały – podkreśla. Zaczął malować wtedy cykl „Portret miasta”, który niektórzy nazwali „donosem na miasto”. To było dla niego swoiste katharsis, aby – jak wspomina - nie budzić się w nocy z krzykiem „Mamo, ratuj, gdzie ja się znalazłem?!”.

Jednak z biegiem lat Śląsk poznał i pokochał. Zaczął nawet nazywać siebie „Ślązakiem z wyboru”. W Katowicach urodziły się dzieci – Bartłomiej i Agnieszka. Profesor Bieniasz znalazł się też w grupie założycieli Związku Górnośląskiego; zaprojektował jego logo, pieczęć i sztandar.

„Samointernowanie”

Kiedy Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny, do Bieniasza szybko dotarła wiadomość o aresztowaniu dziekana i prodziekana filii krakowskiej ASP w Katowicach, w której pracował. W tej sytuacji najpilniejszą rzeczą stało się uprzątnięcie szkoły po strajku okupacyjnym studentów. – Przeczyściliśmy wszystkie sita, zabraliśmy śpiwory. Gdy w poniedziałek pieczętowano budynek, był „czysty jak łza” – wspomina profesor.

Zaczęło się wzywanie na przesłuchania. Aby uniknąć, jak to nazywa, „niepotrzebnych rozmów”, prof. Bieniasz zdecydował się przeczekać najtrudniejszy czas w ukryciu. Do domu wrócił dopiero na Wigilię.

Żartobliwie nazywa ten okres „samointernowaniem”.

- W te grudniowe dni „samointernowania”, jak i w następne tygodnie i miesiące, nie byłem zdolny do innej aktywności niż pisanie – opowiada. - Co pisałem? W tamte pierwsze dni, jeszcze nieco ogłupiały kierunkiem wydarzeń, notowałem fragmenty myśli, czy raczej emocjonalnych impulsów, pełne wykropkowań i znaków zapytania.

Przez szufladę w katedralnej zakrystii

Po rozmowie z ową starszą kobietą, gdy dowiedział się o jadących na kopalnię „pancrach”, złapał w małym, tranzystorowym radyjku Wolną Europę. Stamtąd dowiedział się, co się stało pod „Wujkiem”. O ZOMO-wcach strzelających do górników. O krwi na placu przed kopalnią. O zabitych i rannych.

Mówi, że go wtedy „cholera trzęsła”. Na dodatek był ze swoimi myślami sam. Wziął więc kawałek papieru i napisał „Pancry” (bo tak brzmiał tytuł tego wiersza). Z „potrzeby serca”. A może raczej: z potrzeby wyrzucenia z siebie tych emocji, które się w nim wtedy nagromadziły.

Wiersz podał wraz z listem do rodziny w umówiony sposób. Kobieta, która mu przynosiła jedzenie, zanosiła listy od profesora do katowickiej katedry, gdzie trafiały do jednej z szuflad w zakrystii. Stamtąd zabierał je syn profesora - Bartłomiej, który był tam ministrantem.