top of page

Maryna Miklaszewska

11 maja 2022 r. odeszła pisarka i tłumaczka Maryna Miklaszewska, osoba, która w latach 80. wiele zrobiła dla niezależnej kultury, upowszechnianiu wolnego słowa i twórczości czeskiego barda Karela Kryla, poprzez tłumaczenie jego piosenek na język polski. Była autorką kultowego "Mikołajka w szkole PRL". Dzięki niej w podziemiu ukazała się kaseta z głosem Marszałka Józefa Piłsudskiego... Poprosiliśmy ją o wspomnienia z lat 80., które ukazały się w 16 numerze naszego biuletynu "Rakowiecka 37" w grudniu zeszłego roku. Zdążyliśmy. Przypominamy więc artykuł pani Maryny, której bardzo nam brakuje Mieliśmy przecież wspólnie jeszcze tyle dobrego zrobić...



Historie zapisane istnieją dłużej

To porażające prostotą zdanie znalazłam w tomie rysunków i myśli architekta, rysownika i wynalazcy, Janusza Kapusty. A co z historiami niezapisanymi? Skoro nikt nie uznał za celowe odnotować, że się wydarzyły, żyją życiem efemerycznym i znikają, nie zapamiętane, w otchłani mijających wydarzeń bez znaczenia. Istnieją też historie wprawdzie zapisane, wprawdzie mające znaczenie, ale zapomniane bądź celowo zapominane, bo związane są ze złym czasem i złym wtedy miejscu.

Dlatego chcę przywołać i zapisać historie, w których uczestniczyłam i w pewnym sensie sama kreowałam w tamtym miejscu i tamtym czasie: w Polsce, w stanie wojennym, w opozycji i dziwnym okresie „przepoczwarzania się” ustrojowego. Odnosić można wrażenie, że świadomość – a może podświadomość - Polaków dąży do powolnego wymazania z pamięci lat 1982 – 1989. Ten proces odbywa się powoli, niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, bo te lata są dla Polaków dość wstydliwe. Jedni wypierają go ze względu na swój udział po gorszej stronie, inni ze względu na bolesne podważenie poczucia narodowej dumy, płynące z faktu, że oto Polacy zdolni byli napaść na samych siebie, bądź samych siebie przed innymi Polakami bronić. Krótko i dosadnie ujął to w jednej ze swoich piosenek Jan Kelus: „Nie był potrzebny żaden sąsiad, / rodzimej dosyć jest kanalii”. Wtedy, w okresie tzw. Karnawału Solidarności, nie przypuszczałam, że do tego dojdzie. Optymizm młodej dziennikarki, którą wtedy byłam, a raczej jej naiwność, nie miała granic. Czuło się niebezpieczeństwo, świeży był lęk strajkowych dni, ale tyle się działo, tyle było do zrobienia, wydawało się, że świat stanął otworem.

Kongres Kultury Polskiej W takim stanie ducha wyruszyłam wczesnym rankiem 13 grudnia 1981 roku na drugi dzień obrad Kongresu Kultury Polskiej do Pałacu Kultury, a konkretnie do Teatru Dramatycznego. Pracowałam wtedy w mediach publicznych, w Trzecim Programie PR, nie byłam jednak wysłanniczką Trójki, lecz nowopowstałego, na fali setek niezależnych inicjatyw, nieformalnego zespołu tworzącego „Radio Solidarność regionu Mazowsze”. Było to radio specyficzne. Nie emitowało audycji w eterze, lecz realizowało co tydzień godzinny program na kasetach magnetofonowych. Były tam relacje z burzliwych posiedzeń Komisji Krajowej „S”, wywiady z działaczami, informacje o dziesiątkach wydarzeń, z których żadne nie miało prawa zaistnieć wtedy w państwowych mediach. Te kłamały, wysyłały w eter fałszywe wieści, dzisiaj zwane „fake newsami”. Janina Jankowska, Marek Owsiński, Krzysztof Oczkowski, Jerzy Farner – to byli główni reporterzy tego szczególnego radia. Co do mnie, redagowałam w tych audycjach kilkunastominutowe odcinki poświęcone kulturze. Dużo miejsca przeznaczałam w nich na prezentację literatury emigracyjnej, tego kolejnego medialnego tabu. Było znakiem czasu, dość ironicznym, że robotnicy w zakładach pracy, słuchając audycji nadawanej przez radiowęzeł, dowiadują się o Kulturze Paryskiej, Giedroyciu, Wierzyńskim, Lechoniu, Józefie Mackiewiczu, Hemarze – podczas gdy w oficjalnym radiu te nazwiska nie miały prawa zaistnieć. Nasze audycje były nagrywane prawdę mówiąc cichaczem, po godzinach pracy, w studiach nagrań na Myśliwieckiej, potem przegrywane na kasety magnetofonowe, kopiowane w setkach egzemplarzy i rozsyłane przez kurierów do zakładów pracy w całej Polsce. Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego na całej kasecie znalazła się, czytana przez Piotra Fronczewskiego, Mała Apokalipsa Tadeusza Konwickiego, zakończona wywiadem z autorem. Tak więc jechałam na obrady Kongresu Kultury Polskiej, a ponieważ już pierwszy dzień był fascynujący, planowałam rozmowy i spotkania z uczestnikami w kuluarach. Widok czołgu [a właściwie skota] na żoliborskiej uliczce Czarnieckiego trochę mnie zdziwił, ale natychmiast to sobie wytłumaczyłam: tej niedzieli w kościele p.w. Dzieciątka Jezus miała odbyć się procesja z wędrującą kopią Cudownego Obrazu z Jasnej Góry. Zapewne – myślałam w tej swojej naiwności - na prośbę parafii wojsko obiecało pomóc ubić czy rozjeździć gąsienicami czołgu śnieg, by ułatwić drogę procesji. A śniegu spadło tej grudniowej nocy mnóstwo.

Kaseta z głosem Marszałka Kongres się nie odbył, zaczęły się inne ponure widowiska i choć nie było do śmiechu i definitywnie wyleczyłam się z naiwności, wiele rzeczy bawiło swoją groteskowością. Patrzyłam na nie pod kątem nie ich grozy, ale wymiaru farsowego. Sam Jaruzelski, sztywna postać z tragifarsy, ta jego WRON-a, ta groteskowa komisja weryfikująca dziennikarzy i jej wyrok, który i mnie dotyczył: „nie nadaje się do służby w jednostce zmilitaryzowanej.” Na marginesie wspomnę, że dużo osób, dziś wielce zbuntowanych, pozostało wtedy w Trójce. Niewątpliwie nadawali się do służby. Ja zaś, posiadając tzw. wilczy bilet, zaczęłam mieć nagle dużo czasu. Działająca już wcześniej, w latach siedemdziesiątych, Niezależna Oficyna Wydawnicza „NOWA” otworzyła w drugim obiegu filię, zwaną Oficyną Fonograficzną. Weszłam w tę produkcję z pomysłem kasety – audycji o marszałku Józefie Piłsudskim. Miałam w pamięci dziennikarza radiowego, w którego audycji pojawiło się jeden, jedyny raz przeoczone przez cenzurę to niewymawialne nazwisko. Natychmiast został wyrzucony z pracy. Moją ambicją było zdobycie nagrania autentycznego głosu Komendanta. Te materiały archiwalne udostępnił mi młody wówczas historyk, Krzysztof Pątek, pracownik a później dyrektor Archiwum Dokumentacji Mechanicznej [obecnie Narodowe Archiwum Cyfrowe). Warto przypomnieć, że kontakty takie zdobywało się tajemnymi tropami, jeżdżąc w każdej sprawie po mieście, bez możliwości porozumiewania się przez telefon, który był na podsłuchu. Nie można było w żaden oficjalny sposób podziękować odważnym osobom, które za takie kontakty i pomoc mogły zapłacić co najmniej utratą pracy i szykanami. Dzięki archiwalnym nagraniom głosu Józefa Piłsudskiego a także nielicznym zachowanym fragmentom przedwojennych wykonań pieśni legionowych, audycja o Piłsudskim zdobyła dużą popularność. Dziś, kiedy „Pierwsza Brygada” jest hymnem Wojska Polskiego, trudno uwierzyć, że pieśni legionowe były zupełnie nieznane, niewykonywane, nie śpiewane od 1939 roku. Postanowiliśmy więc, że będą zaśpiewane na nowo. Nie było to łatwe w „podziemiu”, gdzie samemu trzeba było zdobyć teksty, nuty, znaleźć wykonawców. A jednak się udało. Nie pamiętam już, jak nawiązałam kontakt z Michałem Dąbrowskim, kompozytorem i dyrygentem, prowadzącym akademicki chór SGGW w Warszawie. Wybrał z niego kilkanaście zaufanych osób, a ponieważ był wówczas organistą w kościele św. Krzyża, tam właśnie, w jego podziemiach, pewnego mroźnego wieczoru nagraliśmy kilka legionowych pieśni. Słowa jednej z nich, z okresu wojny polsko-bolszewickiej, Hej, tam pod Warszawą / Kędy Wisła płynie / Rozwalił się Moskal, świnia, na polskiej krainie - brzmiały jak straszliwa herezja. Chór zasilił swoim basem mój mąż, Aleksander Chylak, architekt. Para leciała śpiewakom z ust, gardła poowijali szalikami a dyrygent kazał ciągle powtarzać frazy, aż zdecydował, że brzmią dobrze. Ten z pewnością nie kościelny chór był nagrywany [na w miarę profesjonalnym sprzęcie, sprowadzanym z zagranicy podziemnymi kanałami] a potem zmontowany przez dziennikarza Marka Mądrzejewskiego. Czego tam jeszcze nie było, na tej kasecie. Recytowane przez aktorów wiersze, „Karmazynowy poemat” Wierzyńskiego, strofy Lechonia poświęcone Marszałkowi… dziś ta audycja raziłaby zapewne swoistym eklektyzmem i przesadnym patosem, ale wtedy była czymś nowym. Słowo drukowane dużo wcześniej wymykało się cenzurze, ale dźwiękowi udało się to dopiero po powstaniu Oficyny Fonograficznej. Jeden z kolporterów, który dostarczył tę kasetę weteranowi bitwy warszawskiej, opowiedział mi o jego reakcji. Kiedy włożył przy nim kasetę do odtwarzacza i zabrzmiały pierwsze słowa jednej z kilku zachowanych wypowiedzi Piłsudskiego, Stoję przed jakąś ogromną trąbą… - ów bardzo już wiekowy pan z trudem podniósł się i stanął na baczność. Moje wzruszenie tą opowieścią było zapłatą za wysiłek włożony w realizację tej audycji.

Rok 1984 Gdzieś tak w drugim roku stanu wojennego zaczęłam pracować nad adaptacją powieści Orwella, Rok 1984. Gdy ten rok się zaczął, było już gotowe profesjonalne słuchowisko, zrealizowane w studiu nagrań Akademii Muzycznej. Pracował tam znakomity reżyser dźwięku, zmarły rok temu Jacek Szymański. Wtedy nie był jeszcze profesorem, ale już cenionym, wieloletnim nauczycielem akademickim na Wydziale Reżyserii Dźwięku. Nie bał się ryzyka donosów, wyrzucenia z pracy. Wpuszczał nas wieczorami do studia i pracował przy nagraniach pro publico bono, jak my wszyscy. To słuchowisko reżyserował aktor Andrzej Piszczatowski, wystąpili znani aktorzy, m.in. Mariusz Dmochowski.

Piosenki Karela Kryla Większość moich ówczesnych działań nie rozwijała się linearnie, lecz toczyła meandrami. Dlatego, chcąc wspomnieć o pracy nad kolejną kasetą, Piosenki Karela Kryla, muszę cofnąć się nieco w czasie. Piosenki Kryla wpadły mi w ręce dużo wcześniej, nim zaczęłam je tłumaczyć. Skończyłam studia slawistyczne i jako bohemistka, zaczęłam pracę nad nigdy zresztą niedokończonym doktoratem. Zabrałam się ambitnie za twórczość Richarda Weinera. Ten czeski poeta i prozaik, nieznany w Polsce a w Czechosłowacji od II wojny będący na indeksie, mieszkał i tworzył swoje dość hermetyczne dzieła we Francji. Jego książki były nie do dostania, nie można ich było wypożyczyć nawet w Narodni Knihownie. Miałam jednak szczęście poznać Jana Vladislava, pisarza, który po 1968 roku również został pozbawiony prawa druku. Jan Vladislav miał przedwojenne egzemplarze powieści i opowiadań Weinera i przysłał mi je. Skoro zamierzałam pisać doktorat o autorze, którego książek nie czytał nawet mój promotor [a wielkiego wyboru promotorów na moim wydziale nie było], zabrałam się najpierw do przekładu jednej z powieści Weinera, Gra na serio [Hra doopravdy]. Cykl wydawniczy trwa długo, więc kiedy odbierałam nagrodę miesięcznika Literatura na świecie za debiut translatorski, generał Jaruzelski, który tak odważnie wkroczył z wojskami do Czechosłowacji, teraz prezentował ich dzielność na polskich ulicach. Właśnie pamięć o udziale polskiego wojska w „bratniej pomocy” ze strony tzw. układu warszawskiego przynagliła mnie do pracy nad piosenkami barda Praskiej Wiosny. Tytułowa piosenka Braciszek [Bratricek], Miła, Salome, a także późniejsze, które pisał na emigracji w Niemczech, bardzo przypominały nastroje panujące w Polsce. Kryl komponował wpadające w ucho melodie, miał świetne teksty, zarówno liryczne, jak ironiczne, głos o niezwykłym brzmieniu i charyzmę. Uznałam czas stanu wojennego za idealny moment, by spopularyzować go u nas, choćby tylko w drugim obiegu. To było nowe wyzwanie. Pierwszy raz mierzyłam się z tłumaczeniem piosenek z języka czeskiego [w którym akcent jest ruchomy] na polski, w którym jest on niemal zawsze na przedostatniej sylabie. Takie metrum wymaga częstego posługiwania się rymami jednosylabowymi męskimi, których ilość jest w naszej mowie ograniczona. Antoninę Krzysztoń, która z własną, przejmującą interpretacją, zaśpiewała niektóre utwory Karela, usłyszałam po raz pierwszy w kościele p.w. Miłosierdzia Bożego na Żytniej. Było to miejsce niezwykłe interesujące; kościół w budowie, z którego ówczesny proboszcz, ks. Wojciech Czarnowski, uczynił nieformalne centrum zamrożonej w stanie wojennym sztuki. Odbywały się tam wystawy malarskie, surowe ściany kościoła zawieszone były obrazami, ekipy remontowe mieszały się z ludźmi, którzy odwiedzali kościół i pod wrażeniem panującej tam atmosfery wielokrotnie wracali. Program artystyczny, prezentowany wieczorami w prowizorycznie funkcjonującym, dalekim od wykończenia dolnym kościele, koordynował reżyser dokumentalista Andrzej Zajączkowski, autor filmu Robotnicy ‘80. Odbywały się tam koncerty, występy, w 1985 roku Andrzej Wajda przedstawił inscenizację poetyckiego dramatu Ernesta Brylla, Wieczernik. Było to niezwykłe przeżycie. Na zewnątrz stały samochody z esbekami w środku i z pewnością Żytnia była miejscem namierzonym, miejscem niebezpiecznym. Nigdy już potem, w żadnym kościelnym wnętrzu, nie spotkałam się z takim zespoleniem sztuki, artystycznych poszukiwań, z duchowością chrześcijańską. Oprócz Tosi Krzysztoń piosenki Kryla śpiewał Andrzej Piszczatowski [pod pseudonimem Andrzej Michalski], on też realizował nagranie, częściowo w tym samym miejscu, w którym rok wcześniej powstawało słuchowisko wg. Orwella. „Piosenki Karela Kryla” stały się niezwykle popularne, rozchodziły się szybko w podziemnym kolportażu. Pewnego dnia – jak opowiadał mi cztery lata później Karel, ktoś wrzucił kasetę do jego skrzynki pocztowej w Monachium, gdzie wtedy mieszkał [pracował w czeskiej sekcji Radia Wolna Europa]. Zanim doszło do naszego spotkania, odwiedzili mnie dwaj przedstawiciele wiadomego resortu. Obwieścili, że wiedzą o mnie wszystko i zażądali deklaracji zaprzestania działalności wrogiej ustrojowi PRL. Rozmowa z nimi była, jak się okazało, jedną z przeprowadzonych w tym samym dniu z innymi osobami, w cyklu tzw. „rozmów ujawniających”. Okazało się, iż źródłem ubeckich informacji była moja decyzja o umieszczeniu prawdziwego nazwiska na okładce kasety. Tajniacy przyjęli ze spokojem argument, że każdy ma swój zawód wyuczony [oni też], a moim jest tłumaczenie. Ich troska o los dziecka, które mogłoby wychowywać się bez siedzącej w więzieniu matki, wyglądała na próbę marnego szantażu. W teczce, którą po latach dostałam z IPN, przeczytałam ich smutną konstatację, iż nie obiecałam poprawy.

Mikołajek w szkole PRL Nadszedł czas, kiedy robienie audycji dźwiękowej przestało mi wystarczać. Wokół działo się wiele rzeczy, które miały nieco inny wymiar, zapisywałam na przykład historyjki, które przynosił ze szkoły mój syn, nie całkiem zresztą świadom ich komiczno-gorzkiego wydźwięku, jako że był dopiero uczniem pierwszej klasy. Miał talent rysunkowy [dziś jest malarzem] i we dwójkę stworzyliśmy coś w rodzaju pastiszu francuskiego „Mikołajka” Sempe i Goscinnego. Wtedy poznałam legendarnego Teosia Klincewicza, najbardziej poszukiwanego przez służby i milicję człowieka podziemia. Teoś był jednym z założycieli Grup Oporu Solidarni i wydawnictwa „Rytm”. Zostałam uprzedzona, że to osoby z najgłębszej konspiracji i w kontaktach z nimi trzeba zachować wyjątkową ostrożność. Kiedy miał odwiedzić nas w domu ktoś „od Rafała”, zdjęliśmy z drzwi tabliczkę z nazwiskiem [wtedy takie tabliczki były w modzie]. W drzwiach pojawiła się dziewczyna, na widok której mąż zapytał, czemu opuściła ostatnie zajęcia z projektowania. Okazała się bowiem być jego studentką. Dekonspiracja na całego. Potem pojawił się sam „Rafał”, czyli Teoś. Uroczy młody człowiek, niezwykle odważny, pełen temperamentu i brawurowo realizowanych wizji. To on wymyślił nagrywane na kasety przekazy do więźniów na Rakowieckiej [tzw. „gadały”]. Odtwarzacze mocowano nocą, wysoko, naprzeciw więzienia i uruchamiano zdalnie. Zanim służbom udało się je zlikwidować, więźniowie wiele już mogli usłyszeć, umacniało ich to na duchu. Książeczka Mikołajek w szkole PRL miała kilka wydań w drugim obiegu i w londyńskim wydawnictwie Aneks, wydana została także po upadku PRL. Był to, jak dziś wiemy, upadek kontrolowany. Wprawdzie nikt nie tańczył z radości na ulicach, entuzjazmu z czasów, ale jednak coś się udało, zmiany zostały zapoczątkowane.

Festiwal Czechosłowackiej Kultury Niezależnej Poczułam to, kiedy Solidarność Polsko – Czechosłowacka, działająca głównie we Wrocławiu, zorganizowała w parę miesięcy później Festiwal Czechosłowackiej Kultury Niezależnej. W jego ramach 4 listopada odbył się niezwykły koncert. Zostałam poproszona o jego prowadzenie. Nigdy wcześniej nie występowałam w tej roli. Kiedy wyszłam na scenę, nie bardzo wiedziałam, jaka publiczność znajduje się na widowni: polska, czy też czeska bądź słowacka. Zdecydowałam się mówić po czesku, choć moja znajomość tego języka była raczej bierna. Odpowiedział mi aplauz zgromadzonych widzów. Mimo utrudnień granicznych, włącznie z wyrzucaniem z pociągów, udało im się dotrzeć do Wrocławia. Za kulisami Teatru Polskiego czekali na swój występ pieśniarze folkowi i muzycy rockowi z Czechosłowacji a także artyści przybyli z emigracji, Jaroslav Hutka, Vladimir Merta, Vlasta Tresnak, Jaromir Nohavica [który, jak się dużo później okazało, na nich wszystkich donosił]. No i najbardziej oczekiwany, najsłynniejszy z nich, Karel Kryl. Zainspirowana jego Piosenką o synonimach, wymieniłam w swojej „konferansjerce” około dwudziestu czeskich synonimów słowa „donosiciel” [zaczerpniętych ze słownika], okazało się, że język czeski jest bogatszy od polskiego. Już nigdy potem nie udało mi się zebrać aż tylu oklasków. Niecałe dwa tygodnie później rozpoczęła się „aksamitna rewolucja”.

Od „Strajku” do „Metra” Tłumaczenie piosenek było dla mnie szkołą pisania tekstów własnych. „Chodziło” za mną opisanie w formie „muzycznej” tego, co dotąd opisywane było w formie dokumentu czy filmu. Tego unikalnego zjawiska, jakim był sierpniowy strajk w Stoczni. Strajk, który obalił komunistyczny ustrój. Polacy zwolna wydobywali się z zauroczenia postacią Lecha Wałęsy, chlubiącego się w swojej pysze dokonaniem tego w pojedynkę. Chciałam pokazać w scenicznej formie musicalowej prawdziwych bohaterów tych dni – ludzi drugiego planu, zwykłych stoczniowców i opozycjonistów z Wolnych Związków Wybrzeża. Kiedy tekst libretta i piosenki były gotowe i pojawił się kompozytor Michał Lorenc, tematem zainteresowało się Europejskie Centrum Solidarności. Musical został wprawdzie wystawiony, ale tylko raz, w olbrzymiej hali dawnej Huty Warszawa. Prawda o strajku też w miarę upływu czasu ulegała powolnemu wymazywaniu, więc nic dziwnego, że sztuka, która opowiada o tym, kto naprawdę zatrzymał w stoczni wychodzących robotników, po tym, jak Wałęsa rozwiązał strajk, przedstawienie przypominające duchowe podłoże strajku [msza św. odprawiona w stoczni, która przełamała barierę strachu], takie przedstawienie było – i jest do dzisiaj – niepoprawne i niebezpieczne. Można zapytać, dlaczego wybrałam tę akurat formę, dlaczego właśnie widowisko muzyczne? Może dlatego, że razem z siostrą Agatą napisałyśmy wcześniej libretto i teksty piosenek do musicalu „Metro”, którego premiera odbyła się trzydzieści lat temu, w styczniu 1991 roku. Ale to już całkiem inna historia.

35 wyświetleń
bottom of page