Msza św. w intencji zamordowanych podczas Powstania Warszawskiego

Dziś o godzinie 15.30 w X Pawilonie naszego Muzeum, ks. Tomasz Trzaska odprawi Mszę św. w intencji zamordowanych podczas Powstania Warszawskiego od 2 do 5 sierpnia 1944 r. Zapraszamy. Wstęp wolny

Poniżej przedstawiamy rozmowę z panem Alfredem Łąpiesiem, który jako 14-letni chłopak wydostał się z niemieckiej masakry na Rakowieckiej w 1944 r., wstąpił w szeregi mokotowskiego pułku "Baszta" i walczył z Niemcami, a w 2018 r. odwiedził Muzeum


Dziś przyjechał z Koszalina do naszego Muzeum pan Alfred Łąpieś, który, podczas pierwszych dni Powstania Warszawskiego uciekł z niemieckiego więzienia na Mokotowie i wstąpił do pułku "Baszta". Pan Alfred weźmie udział w jutrzejszej, niedzielnej mszy św. na terenie naszej placówki o godz. 10.00. Zapraszamy. Poniżej obszerne fragmenty wywiadu o ucieczce z więzienia i czasie Powstania.

Uciekaliśmy boso po spadzistym dachu

Z Alfredem Łąpiesiem ps. „Mały”, który z 2 na 3 sierpnia 1944 r. uciekł Niemcom z więzienia na Rakowieckiej rozmawia Jarosław Wróblewski

Mieszka pan dziś w Koszalinie, choć pochodzi z Warszawy… - Urodziłem się 15 kwietnia 1929 r. w Warszawie, ochrzczony zostałem w kościele pw. św. Michała przy ul. Puławskiej. Mieszkaliśmy na ul. Olkuskiej 12 na Mokotowie. Ojciec i starszy o 10 lat brat Edward byli stolarzami. Miałem też starszą o 5 lat siostrę Wandę. Podczas wojny brata poszukiwało gestapo, jako bandyty. Byli po niego dwa razy i przez to aresztowano mnie, bo za trzecim razem byłem w domu.

Dlaczego tak interesował Niemców? - Był zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej Pułku „Baszta”. Robił jako stolarz tajne magazyny na broń, robił ich wiele. Miałem nawet pisma od „Zośki” i „Parasola”, że były robione przez niego na Mokotowskiej i Nowogrodzkiej. On zawsze z kimś wchodził do takiego budynku. Pamiętam, że kiedyś był umówiony z dozorcą, którędy będą uciekać w razie wejścia Niemców. Byłem z nim kiedyś na takiej akcji, obserwowałem bramę, chodziłem z „Kurierem Warszawskim” i w razie zagrożenia miałem ściągnąć beret z głowy. Jego pracownik obserwował mnie z okna, choć ja nie wiedziałem, w którym byli mieszkaniu.

Jak pan został aresztowany? - Ktoś musiał brata wydać, może po jakiejś wpadce, bo brat robił te skrytki w wielu miejscach. Niemcy przyszli do naszego domu po niego i zapytali, czy jest „starszy bandyta”. Mama powiedziała, że wyszedł z domu i nie wiadomo, gdzie jest. Jeden z gestapowców kazał więc mi wyjść i podstawił mi nogę. Powiedzieli, abym poszedł z nimi. Zabrali mnie na Szucha, gdzie byłem tak bity, że aż mi warga wisiała. Twardy to byłem. Mogli mnie bić i włosy garściami wyrywać. Zadawałem sobie wtedy pytanie: czy byłem zdolny zdradzić swojego brata? Z Szucha przewieźli mnie 30 marca 1944 r. na Rakowiecką – na wymianę. Miałem za niego wyjść z więzienia, kiedy on się zgłosi – tak powiedzieli matce, że jak brat się zgłosi sam, to i on, i ja będziemy żyć, a jeśli nie, to rozstrzelają nas obu.

Miał pan wówczas 14 lat i był w konspiracji? W harcerstwie? - Nie, nie byłem. Rodzice też nie byli w konspiracji. Przenosiłem jedzenie do getta. Byłem zwinny. Robiłem to w tajemnicy przed rodzicami. Mój kolega Edek, syn węglarza został zabity za taką pomoc przez Niemców.

Co pan wiedział o więzieniu na Rakowieckiej, zanim do niego trafił? - Wiedzieliśmy bardzo mało, że odbywają się tam egzekucje, że wieszają skazanych na karę śmierci na szubienicy albo zabijają strzałem w piwnicach. Ojciec podczas rozmowy z matką w domu mówił, że tam rozstrzeliwują ludzi z podziemia.

Jak wyglądał pana przejazd z Szucha na Mokotów? - Przywieźli mnie w dzień w dwójkę gestapowcy samochodem osobowym. Najpierw siedziałem w celi na parterze, tam nas było chyba ze czterdziestu. Tak jak ja byli raczej pobici. Po paru dniach trafiłem na inny oddział, gdzie siedziało nas 9-10 w celi.

W jakim pawilonie pan siedział? - To był I pawilon, VII oddział, cela 37. Byłem w celi z 19-letnim harcerzem, który przez alfabet Morse’a dowiadywał się nazwisk osób, które przybywały do więzienia. Miał chyba Ryszard na imię, ale nie jestem tego do końca pewien. Byłem prawdopodobnie najmłodszy w celi. Pamiętam też chłopaka, do którego mówiliśmy Ziutek. Był też ktoś z Ochoty, którego ciotka prowadziła sklep kolonialny.

Za co byli przetrzymywani? - Chyba podobnie tak jak ja – na wymianę. W naszej celi nie było kryminalistów, tylko polityczni.

Był pan przesłuchiwany na Mokotowie? - Raz. Przyjechali z Szucha i wezwał mnie naczelnik więzienia, był w oficerkach. Zapytał, czy tęsknię za domem, powiedziałem, że bardzo. Zapytał, czy teraz im coś powiem. Odpowiedziałem, że jakbym wiedział, to bym już dawno im to wszystko powiedział. – To jeszcze posiedź – tak mi powiedział na koniec. Byłem w tym więzieniu do początku Powstania Warszawskiego.

Czy komuś przed wybuchem Powstania udało się uciec? - Kiedyś przez kraty z okna widzieliśmy w lipcu, jak więźniowie, chyba z konspiracji, uciekali po dachach. Niemcy się wychylili i do nich strzelali pojedynczymi strzałami. Nie wiem, kim byli. To była pierwsza ucieczka, jaką widziałem.

Na Rakowieckiej Niemcy trzymali żołnierzy podziemia? - Myślę, że tak. Jak wypuszczano nas na spacer, to widziałem też starszych wiekiem więźniów, starych kryminalistów. Ale myślę, że reszta była z podziemia.

Wywożono zabitych więźniów? - Pamiętam, że karetka więzienna wyjeżdżała w nocy, ale nie wiem, dokąd.

Kontaktował się pan z rodziną? - Mieliśmy otwarte okna w celi. Raz przez to okno zobaczyłem swoją matkę w oknie kamienicy za murem na ul. Kazimierzowskiej. Przekazałem też gryps do ojca przez znajomego klawisza. To była polska obsługa. Naczelnik więzienia, którego też znał ojciec, przyniósł mi kiedyś grypsy od rodziny. Dostawałem skromne paczki, gdzie był chleb czy kawałek placka. Wszyscy w celi dzielili tym, co dostawali, nikt nie chował jedzenia pod poduszkę. Taki jest zwyczaj więzienny.

Czym się zajmowaliście w celi? - Więźniowie robili piękne bambosze – i z bąbelkiem, i z klapką. One naprawdę były piękne. Też je robiłem. Strażnicy dawali nam za nie papierosy i jedzenie. Na wymianę. Może nosili je dla swoich rodzin?

Jak je robiliście? - Wyciągało się gotowane kartofle z zupy i tłukło tak długo garnuszkiem na ławie, aż powstawał klej kartoflany, taki gęsty krem. Była ława i stół dębowy. Z koców wykrawało się na spody dwie podeszwy i w środku kleiło. 2-3 kolegów z celi przyciskało to przez jakiś czas na ławie, aż się to dobrze skleiło. Klawisze to od nas zabierali i sprzedawali za murem więziennym. Nawet teraz nie ma takich bamboszków z lamówkami w sklepach. W sąsiedniej celi więźniowie zrobili ładne, ubarwione szachy z chleba.

Wiedział pan, że zbliża się wybuch Powstania? - Wyczuwało się to. Było niespokojnie.

Dużo było niemieckich żołnierzy przy Rakowickiej? - Za Niemca koszary od ul. Puławskiej do al. Niepodległości nazywano Kaserna. Przecież jak uciekaliśmy, to starzy więźniowie nie pozwolili iść na główną bramę. Kaserna miała takie przybudówki na dachach. Byli w nich ustawieni na pewno strzelcy z karabinem maszynowym, którzy nie pozwoliliby nam uciec przez bramę.

Jakie było jedzenie i ubiór? - Czarny chleb, margaryna i marmolada. Gorzka kawa, zupa z brukwi z ziemniakami w środku. Czasem był chleb do zupy. Nie jedliśmy mięsa, czasem był śledź. Jedzenie było niedobre. Ubiór mieliśmy szary. Strażnicy mieli więzienne, granatowe mundury podobne do policyjnych. Czapki mieli okrągłe. Mieszkali w budynku za więzieniem.

Mieli broń? - Raczej puste kabury.

Siedzieli z wami więźniowie innych narodowości? - Z nami byli tylko sami Polacy, może byli w innych celach. Nie interesowałem się tym.

Jak wyglądała cela? - Były łóżka „zapinane” do ściany. Nazywaliśmy je legitymacjami. Miały sprężyny i siennik. Każdy miał swoje łóżko. Jak uciekaliśmy, to wyrzuciliśmy wszystkie sienniki na korytarz i podpaliliśmy je. Matka mi później powiedziała, że myślała, że więzienie się pali, ale to były tylko sienniki. Wzdłuż celi stał dębowy stół. Drzwi były blaszane pomalowane na szaro, cela też była pomalowana na szaro. Kibel, a nie sedes był ustawiony po środku ściany po lewej stronie, za parawanem. Klapa była metalowa, srebrna, ale i tak z niego śmierdziało. Były dwa okna w celi. Żarówka była na suficie, na środku celi, mocna chyba 100V, taka, że można było nawet czytać.

Jak wyglądał więzienny dzień? - Pobudka była rano, nie pamiętam, o której godzinie. Rzadko wyprowadzano nas na spacer. Polscy strażnicy nie bili nas, nie było takiego rygoru. Okna nie mieliśmy zasłoniętego blendą, mogliśmy je otwierać na stronę celi. Obiad był o 13.00, a szliśmy spać o godz. 20.00 czy 21.00.

Chodziliście do łaźni? - Rzadko. W łaźni były prysznice umieszczone w suficie.

Na Mokotowie były więzione również kobiety? - Nie widziałem ich, ale jeden z kolegów z celi powiedział, że tutaj przetrzymywana jest jego siostra.

Słyszał pan jakieś odgłosy z ulicy? Mógł coś obserwować? - Widziałem z okna pałąk tramwajowy pół metra nad murem. Były to jednak wysokie mury.

Więźniowie trafiali do karceru? - Jeden opowiadał, że trafiają do celi pojedynczej bez okna. Nie mógł w niej usiąść, tylko stać. To musiało być małe pomieszczenie, bo nie siedziało się w nim w 2-3 osoby. Ja tam nigdy nie trafiłem.

Były napisy na ścianie w pana celi? - Były napisy przy kiblu, jak się ktoś nazywał i skąd pochodził, choć strażnicy krzyczeli, żeby nie pisać. Gdy była odbity tynk, to tak jak inni wydrapałem swój inicjał złamaną sprężyną od łóżka: AŁ.

Proszę opisać wybuch Powstania i ucieczkę z więzienia. - Przed Powstaniem Niemcy wypuszczali z więzienia za pieniądze Niemców i folksdojczów. Mojej rodziny nie stać było, aby mnie wykupić. Sporo osób wyszło wówczas w lipcu. Strażnicy nam o tym mówili, nawet wymieniali nazwiska tych, którzy opuścili Rakowiecką. Nie mówili nam o tym, że zostaniemy wkrótce uwolnieni.

Jak pan zapamiętał wybuch Powstania? - My, małolatki, nie wiedzieliśmy nawet, że wybuchło. To starsi więźniowie mogli o tym wiedzieć, bo oni przecież krzyczeli z okien cel, gdy wyprowadzali innych na egzekucję: „Chłopcy nie poddawać się, niech żyje Polska!”. Więzienie huczało od tego krzyku. My wiedzieliśmy, że też niedługo zginiemy. Dzięki jednemu chłopakowi, który się rzucił na Niemca z nożem – przeżyliśmy. Modliliśmy się później nad nim, zanim opuściliśmy więzienie. Każdy z nas ukląkł. Jemu zawdzięczam życie.

Jak dowiedzieliście się, że Niemcy rozstrzeliwują więźniów? - Pierwszego dnia sierpnia chyba nie wpuszczono polskich strażników do więzienia. Nie widzieliśmy ich. Byli tylko Niemcy w wojskowych mundurach, prawdopodobnie SS. Jeden Niemiec jak wariat biegał po korytarzu i strzelał z automatu, bo więźniowie walili w drzwi, ponieważ nie dostali ani śniadania, ani obiadu. To był huk jak nie wiem co. Waliliśmy butami drewnianymi trepami. Niemcy później wyprowadzili z budynku 25-30 osób i kazali im kopać doły. Z tego wynikało, że będzie egzekucja nas wszystkich. Widziałem, jak szli ze szpadlami, w asyście Niemców i jak wykopali, to wszyscy zostali rozstrzelani. Nie widziałem jednak egzekucji, nie podchodziłem do okna, bo oni strzelali nam w okna. Widzieliśmy, jak Niemcy się chwiali, byli pijani. Drugiego dnia przyszli, aby nas wyprowadzić z celi. Wywalil