Muzeum z ogromnym potencjałem

Instytut Pamięci Narodowej zajmuje się fenomenem opozycji antykomunistycznej, więc muzeum przy ul. Rakowieckiej, mieszczące się w dawnym Areszcie Śledczym, staje się częścią naprawdę dobrze funkcjonującej struktury instytucji zajmującej się historią XX wieku. Co więcej – to muzeum w ramach Instytutu Pamięci Narodowej może być w sensie muzeologicznym, symbolicznym i również wizerunkowym - koroną działań właśnie na polu opowieści o polskiej historii. Jest ono wyjątkowe w skali całej Polski, a nawet całej Europy Środkowej. Ma ogromny potencjał do opowieści o fenomenie polskiej walki o niepodległość, ale też o zagrożeniu płynącym z sowieckiego komunizmu, z niemieckiego nazizmu. Mury tego miejsca są gotowe do tej opowieści – mówi dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej w rozmowie z Jarosławem Wróblewskim.


17 marca 2022 roku, jako prezes Instytut Pamięci Narodowej, który przejął Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL od Ministerstwa Sprawiedliwości i na nowego dyrektora powołał szefa krakowskiego IPN, dr. hab. Filipa Musiała. Jego zastępcą ds. kolekcji został Jacek Pawłowicz, dotychczasowy dyrektor muzeum. Dlaczego nastąpiła ta zmiana?

Zmiana struktury organizacyjnej samego muzeum czy wejście w struktury Instytutu Pamięci Narodowej wymaga, aby muzeum rzeczywiście weszło w cały krwioobieg największej instytucji w Polsce, zajmującej się pamięcią historyczną XX wieku, a także instytucji z największymi zbiorami z tego okresu. Filip Musiał jest jednym z najlepszych dyrektorów IPN w Polsce, doskonale prowadzi duży oddział krakowski. Jest również specjalistą - historykiem zajmującym się podziemiem antykomunistycznym, strukturami aparatu represji państwa komunistycznego, więc z jednej strony ma autorytet naukowy, a z drugiej okazał się bardzo sprawnym organizatorem, również prowadząc inwestycje w krakowskim oddziale IPN. To człowiek, który był właściwie jedną z niewielu osób w Polsce, które mogły się podjąć tak skomplikowanego zadania. Dzisiaj muzeum wymaga tego, co najważniejsze - a więc dalszego pielęgnowania pamięci, refleksji historycznej, ale musi też stać się w krótkim czasie miejscem, które będzie oddziaływać na całą Polskę i na cały świat. Jest to bardzo skomplikowany proces inwestycyjny administracyjny, zarządczy, praca z zasobami ludzkimi. Niewielu jest ludzi w Polsce, którzy mogliby udźwignąć tego typu zadanie – a robimy przecież to dla Polski, dla naszych bohaterów.

Przed nowym dyrektorem są postawione i nowe zadania, i wykorzystanie dotychczasowego potencjału. Trzeba połączyć nowe kierunki działań z tym, co zrobił do tej pory wraz z zespołem pracowników Jacek Pawłowicz. Jest on ważną postacią, obecnie będzie zajmować się kolekcjami w muzeum. Ma kontakty ze środowiskami opozycyjnymi. Uważam jednak, że zmiana muzeum w kierunku nowych zadań była bardzo potrzebna i mam wrażenie po tych pierwszych dwóch miesiącach – dała oddech pracownikom i poczucie, że nowa misja może się udać. Trzeba pamiętać, że przez sześć lat, z wielu obiektywnych przyczyn – politycznych, finansowych, administracyjnych – chociaż powstało wiele ciekawych wystaw, rocznicowych wydarzeń, koncertów, upamiętnień za pomocą tablic, regularnie ukazywał się też świetny biuletyn „Rakowiecka 37” – lecz w zakresie inwestycyjno-organizacyjnym i muzeologicznym niewiele się wydarzyło. Teraz musimy zrobić tak, aby to, co dobre – utrzymać, a to, co nie zostało zrobione przez sześć lat – zmienić.

Jakie są plany na najbliższe miesiące?

Najbliższe miesiące to oczywiście sprawy formalne, związane ze zmianą organizacji i „oliwienie mechanizmu”, aby jak najszybciej rozpocząć proces inwestycyjny. Jedną z pierwszych decyzji, jaką podjąłem wspólnie z dyrektorem Musiałem, dotyczy tego, że inwestycja budowy muzeum będzie prowadzona etapami, żeby mimo prowadzonych prac było to miejsce, które żyje, jest przyjazne środowiskom kombatanckim i tym wszystkim, którzy chcą je odwiedzać. Kiedy byłem dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej – prowadziłem inwestycję na Westerplatte i wiem, że takie miejsce jak Rakowiecka ze względu na prowadzone prace nie może być zamknięte przez 3-4 lata. Najbliższe miesiące to skalibrowanie całej struktury i sprawienie, że ta inwestycja po prostu ruszy.

Nasuwa się jednak pytanie, czy znajdą się pieniądze. Wiemy, że na jego budowę miało zostać zagwarantowane w budżecie państwa 682 mln zł. Mamy jednak dziś wojnę na Ukrainie, której Polska bardzo pomaga, inflację czy drożejące w szybkim tempie usługi i materiały budowlane…

Zamiast tych blisko 700 mln złotych – teraz musimy mówić o miliardzie, biorąc pod uwagę i procesy inflacyjne, i kryzys gospodarczy na świecie. To jest w jakim sensie najgorszy moment na rozpoczynanie takiej inwestycji. W zależności od tego, jakie środki finansowe przeznaczy polskie państwo na inwestycję – to miejsce z całą pewnością zacznie się zmieniać. Stąd decyzja o etapach budowy. Będziemy to robić etapami, choćby to miało trwać dłużej. Z całą pewnością celem, z którego rezygnacji sobie nie wyobrażamy ani ja, ani Filip Musiał – to przekształcany tego miejsca w żywe muzeum. Jako osoba, która w świecie muzealnym funkcjonowała przez wiele lat, chciałbym, aby Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL było odwiedzane przez pół miliona ludzi rocznie. Żeby to osiągnąć trzeba poddać to miejsce po prostu refleksji nie tyle co do tkanki, bo ona jest przecież wartością samą w sobie i jest wciąż żywą raną dla polskiego narodu, ale pod względem użyteczności i dostępności tego miejsca. Nawet proste zabiegi w pierwszym etapie inwestycyjnym sprawią, że stanie się ono prostu bardziej dostępne dla zwiedzających. W tym roku planujemy wspólnie z dyrektorem Musiałem otwarcie w muzeum księgarni, w której będzie można nabyć wszystkie publikacje dotyczące opozycji antykomunistycznej po 1945 r. i fenomenu walki Polaków z komunizmem. To będzie najważniejsza taka księgarnia w Warszawie.

Kiedy zostanie wbita pierwsza łopata, rozpoczynające prace budowlane?

Na tę deklarację jest jeszcze za wcześnie. Stoimy przed koniecznością pochylenia się raz jeszcze nad całym projektem muzeum, który właściwie jest gotowy i ma pozwolenia na budowę, ale który nie odpowiada z jednej strony obecnym warunkom finansowym, a z drugiej strony nie przewidywał kolejnych etapów inwestycji – tylko zamknięcie na kilka lat i jeden ruch inwestycyjny. To sprawy, które są aktualnie wypracowywane i dostosowywanie do obecnej sytuacji – prawnie skomplikowane, ale jesteśmy na takim etapie zaawansowania rozmów, które w końcu umożliwią przysłowiowe „wbicie łopaty”. Zbyt długo to wszystko trwało – od momentu zakończenia konkursu na projekt wystawy, uzyskania pozwoleń, aż po znalezienie finansowania. Dziś musimy zrewidować projekt tej inwestycji, dostosowując go do obecnych realiów.

Jeśli muzeum przeszło spod kurateli Ministerstwa Sprawiedliwości do IPN – a więc nie będzie miało już politycznej konotacji - będzie łatwiej je budować?

W moim przekonaniu decyzja większości parlamentarnej, Ministerstwa Sprawiedliwości i budujący kompromis pomiędzy ministerstwami – który był dowodem na to, że liczy się historia, liczy się Polska, a nie liczą się ambicje polityczne – przekazanie tego muzeum właśnie niezależnej instytucji państwowej zajmującej się pamięcią historyczną jest oznaką dobrego ducha polskich elit politycznych. Dzięki temu muzeum staje się częścią instytucji, która zatrudnia 2,5 tysiąca pracowników, wydała setki książek o podziemiu antykomunistycznym, o Solidarności... To też tysiące wystaw, codzienna praca blisko dwustu naukowców. Nie ma więc drugiej takiej instytucji, z tak ogromnym potencjałem. Instytut Pamięci Narodowej zajmuje się fenomenem opozycji antykomunistycznej, więc muzeum przy Rakowieckiej, mieszczące się w dawnym Areszcie Śledczym, staje się częścią naprawdę dobrze funkcjonującej struktury. Co więcej, to muzeum w ramach Instytutu Pamięci Narodowej może być w sensie muzeologicznym, symbolicznym i również wizerunkowym koroną działań właśnie na polu opowieści o polskiej historii. Jest ono wyjątkowe w skali całej Polski, a nawet całej Europy Środkowej. Ma ogromny potencjał do opowieści o fenomenie polskiej walki o niepodległość, ale też o zagrożeniu płynącym z sowieckiego komunizmu, z niemieckiego nazizmu. Mury tego miejsca są gotowe do tej opowieści.

Jak, pana zdaniem, tych, którym Żołnierze Wyklęci są obojętni, czy tych, którzy żywią do nich wręcz niechęć, przekonać, żeby zobaczyli, że to miejsce na Rakowieckiej jest czymś więcej – pokazuje bunt wobec narzuconego po wojnie systemu, konsekwentną walkę przez kolejne dziesięciolecia, a także wielkie cierpienie i ofiarę Wyklętych, Niezłomnych, Solidarnych. To również muzeum zwycięskiej walki z komuną na przestrzeni lat, a więc dumy Polski w świecie?

W tych trzech słowach: wyklęci, niezłomni, solidarni - zamyka się właściwie cała spuścizna, całe dziedzictwo genotypu polskiej wolności. W muzeum trzeba pokazać fenomen żołnierzy niezłomnych i wyklętych - jakkolwiek byśmy ich nie nazwali, bo przez komunę byli wyklęci, a dla nas są niezłomni – żeby byli rozpoznawalni na całym świecie. A odczytywanie i rozpowszechnianie tej misji tym mocniej będzie nas mobilizować, aby tę opowieść prowadzić skutecznie.

25 maja będziemy obchodzić 74. rocznicę śmierci rtm. Pileckiego. Kim dla pana jest ta postać?

Najkrócej mówiąc – jest moim niedoścignionym wzorem. Witold Pilecki mnie zachwyca, jego życie mnie zachwyca, jego służba mnie zachwyca, ale też zawstydza, bo gdy przyglądam się jego życiorysowi, to myślę jak jestem marnym człowiekiem. To jest postać, która z jednej strony mobilizuje do działania, a z drugiej przez to kim był, jak żył – pokazuje, jak daleko nam do ideału.

Rotmistrz był na Rakowieckiej więziony, tutaj został zamordowany przez komunistów strzałem w tył głowy. Do dziś nie zostały odnalezione jego szczątki i wielu żołnierzy podziemia niepodległościowego, zamordowanych w tym miejscu – gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, ppłk Łukasza Cieplińskiego „Pługa” ze swoim podkomendnymi… Już ponad cztery lata czekamy na kolejne identyfikacje ofiar z Łączki. Dlaczego tak długo?

Kiedy zostałem prezesem IPN, odbyłem szereg rozmów, dyskusji – i myślę, że niedługo podamy kolejne identyfikacje, będą to również identyfikacje ofiar z Łączki. Zakończy się ten impas, z czego się cieszę i co poczytuję też jako wewnętrzny sukces IPN: udało się pewne rzeczy wyprostować, znaleźć kompromisy i zmobilizować niektóre osoby do tego, żeby identyfikacje nastąpiły. Mogę więc zapowiedzieć, że identyfikacje z Łączki będą, nie mogę ujawnić, kto został odnaleziony, chociaż nie będzie to tym razem, niestety, Witold Pilecki. Czekamy na decyzję pana Prezydenta Andrzeja Dudy, kiedy uroczystość identyfikacji odbędzie się w Pałacu Prezydenckim.

Dlaczego jeszcze nie ma rtm. Witolda Pileckiego?

Wszyscy czekamy na dzień jego odnalezienia. Jak bardzo byłbym szczęśliwy, gdybym mógł jako prezes IPN ogłosić identyfikację Witolda Pileckiego. Nie tylko zawodowo, ale osobiście byłoby to dla mnie ogromnym przeżyciem. Jest determinacja, ale nie chcę rozbudzać nadziei ani wysyłać sygnałów, skoro nie ma bezpośrednich, laboratoryjnych dowodów na to, że został zidentyfikowany. Jestem optymistą i mam nadzieję, że wśród tych szczątków z Łączki, które udało się odnaleźć zespołowi prof. Krzysztofa Szwagrzyka z Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN, uda się zidentyfikować Rotmistrza. Dopóki nie mamy od medyków takich informacji – nie możemy opinii publicznej mówić, że jest inaczej. Wszyscy razem czekamy na niego i innych wielkich bohaterów.

Czerwiec to obchody 40-lecia powstania Solidarności Walczącej. Czym dla Pana, urodzonego w Gdańsku, jest ta organizacja, która była aktywna także w Trójmieście? Znał pan jej działaczy?

Kornela Morawieckiego nigdy nie poznałem, ale mam zaszczyt utrzymywać znajomość z Andrzejem Kołodziejem. Cenię sobie też znajomość z Małgorzatą i Romanem Zwiercanami. Gdańskie kontakty to Federacja Młodzieży Walczącej: Robert Kwiatek, ks. Jarosław Wąsowicz, Dariusz Krawczyk - to ten bojowy odłam młodzieży, która walczyła w połowie lat 80. Na pewno doświadczenie przebywania z tymi ludźmi budowało też rodzaj odpowiedzialności za instytucje, w których w Gdańsku pracowałem. Solidarność Walcząca była wyrazem wyraźnego buntu polskiego społeczeństwa przeciwko władzy komunistycznej w latach 80., próbą definitywnego zakończenia tego dogorywającego totalitaryzmu. I za to należy im się wielki szacunek. Przygotowujemy uroczystości i w muzeum, i we Wrocławiu, gdzie aktywnie działał Kornel Morawiecki, legenda Solidarności Walczącej. To jest ten moment, gdy głośno trzeba wiele powiedzieć o bohaterach tej organizacji. Z tej okazji przyznamy też Krzyże Wolności i Solidarności jej działaczom. To będzie sygnał, że państwo polskie nie zapomina o bohaterach naszej wolności. To będzie nasze, jako państwa, ale też mówię to jako człowiek urodzony w 1983 roku – podziękowanie za wolność.

Czego możemy się nauczyć i co możemy czerpać z doświadczenia i działań Solidarności Walczącej?

Od Solidarności Walczącej, od Federacji Młodzieży Walczącej, które ideowo wychowywały się na wiedzy o Armii Krajowej, a nawet na działaniach powstańców styczniowych – uczymy się ciągłość myśli historycznej. W sensie organizacyjnym Solidarność Walcząca składała się z ludzi, którzy z komuną walczyli wcześniej niż SW powstała.

Czego się możemy nauczyć, o czym powinniśmy pamiętać? Z całą pewnością, że są momenty, w których nie można pójść na kompromis i trzeba w niektórych sytuacjach – zwłaszcza w zderzeniu z machiną zła, z systemami totalitarnymi - być gotowym do walki o pełne zwycięstwo.

Dokończenie pełnego zwycięstwa, czyli oczyszczania Polski z symboli komunistycznych z okresu PRL, to również sprawa dekomunizacji. A ona dziś wróciła przez barbarzyńskie zachowanie Rosjan na Ukrainie. Instytut Pamięci Narodowej od lat skutecznie dekomunizuje przestrzeń publiczną w Polsce. Nasuwa się pytanie, czy w związku z wojną za wschodnią granicą samorządy będą się szybciej pozbywać tak wstydliwych dziś symboli?

Tak, to z jednej strony jest zawstydzające, że w XXI wieku dopiero wojna na Ukrainie pokazała niektórym samorządowcom w sposób wyraźny, z jakimi symbolami mają jeszcze dziś do czynienia w swoich miejscowościach – i zaczął być to wstyd powszechny. Diagnozujemy, że pomników komunistycznych jest jeszcze w Polsce około 60. Są one niezgodne z ustawą z 2016 r. o propagowaniu systemu totalitarnego. Z jednej strony to bezsprzecznie łamanie prawa, a z drugiej – mijanie się z prawdą historyczną i z elementarną przyzwoitością. Większość samorządów zareagowała jednak bardzo pozytywnie na mój apel i chce jak najszybciej pozbyć się tych symboli.

Ale dlaczego czekali na usunięcie tych pomników ponad 30 lat?

Wcześniejsza niemożność płynęła raczej z pewnej dysfunkcji formalnej, administracyjnej czy finansowej. Dlatego IPN zapewnił finansowanie demontażu tych pomników, co jest szczególnie ważne dla małych gmin. Są i takie gminy, w których tego typu pomnik był jedynym miejscem lokalnej pamięci i przy małych korektach pozwalało na robienie uroczystości państwowych. Choć było to obarczone historycznym błędem – górę brało poczucie wspólnotowości lokalnej. To było na takiej zasadzie: pod ten pomnik przychodzili kiedyś nasi dziadkowie, potem rodzice – to i my będziemy chodzić. W związku z tym zaproponowaliśmy, że w miejsce usuniętego komunistycznego pomnika pomożemy postawić upamiętnienie bohaterów prawdziwej wolności – i tam nadal mieszkańcy będą mogli się spotykać. Ten mechanizm, który zaproponowaliśmy, sprawił, że samorządy stały się otwarte. Pierwszy na mój apel odpowiedział burmistrz Chrzowic w gminie Pruszków na Opolszczyźnie. Mam ambicję jako prezes IPN, aby raz na zawsze zakończyć proces dekomunizacji pomników w Polsce.

Co z tymi, którzy będą nadal bronić czerwonych gwiazd i żołnierzy Armii Czerwonej?

Mam nadzieję, że ci, którzy będą tkwić w nieprzejednanym uporze, przyjmą mnie na rozmowę i będę mógł poznać ich argumenty. Jestem do tego gotowy i będę się na takie rozmowy wpraszał. Większość lokalnych włodarzy jednak sama się zgłasza i chce usunąć miejsca hańby. Zachęcam do poznawania naszych działań i publikacji, pokazujących na przestrzeni lat, czym jest komunizm. Od 22 kwietnia będzie dostępna na platformie Steam do ściągnięcie bezpłatnie fabularna gra komputerowa „Gra szyfrów” o wojnie polsko-bolszewickiej, o łamaniu szyfrów, o Janie Kowalewskim. Myślę, że ta historia pozwoli poznać, dlaczego Polacy tak skutecznie walczyli z sowiecką nawałą. System komunistyczny chciał już ponad 100 lat temu zamordować Polskę i Europę. Komunizm doprowadził do wybuchu II wojny światowej, zamordował naszych oficerów w Katyniu… a Według Roberta Conquesta na całym świecie przez komunizm zginęło100 mln ludzi. Ten system wypełnia również dziś serca i umysły żołnierzy Federacji Rosyjskiej Władymira Putina, którzy mordują niewinnych Ukraińców. Radziecki czy rosyjski żołnierz gwałcił, mordował i rabował. Niszczył wszystko, co napotkał na swojej drodze. Trzeba poznać istotę systemu, aby widzieć zagrożenia, które również dziś nas otaczają, choć miały pozostać już tylko daleką historią.

Wyciągajmy z tego wnioski i uczmy się walki z tym systemem od żyjących jeszcze świadków. Muzeum było, jest i będzie miejscem, które jest „drugim domem” dla byłych opozycjonistów z różnych środowisk, dla tych, którzy podjęli walkę z systemem komunistycznym. Zachęcam do tego, aby współtworzyć atmosferę tego miejsca i przekazywać młodszym pokoleniom swoje doświadczenie.