Więzienny kabaret na Rakowieckiej



W związku z 96 rocznicą urodzin Wacława Glutha Nowowiejskiego, przedstawiamy artykuł "Radio kibelek", czyli kabaret z celi 34, autorstwa Jarosława Wróblewskiego, który ukazał się w 1 numerze biuletynu muzealnego "Rakowiecka 37". Pan Wacław był jednym z pomysłodawców i aktorów "Radia kibelek" Nawet w stalinowskiej katowni, żołnierze podziemia "kiblując" parę lat" - nie tracili poczucia humoru


"Radio kibelek" czyli kabaret z celi 34

Czy można było głośno się śmiać w więzieniu w najgorszych czasach komunizmu? – Ludzie inteligentni nie tracą poczucia humoru nawet w najtrudniejszych warunkach – powiedziała prof. Barbara Otwinowska, badaczka poezji więziennej, o fenomenie kabaretu o nazwie „Radio Kibelek”, który powstał wśród więźniów na Rakowieckiej w 1949 r.

Jeden z twórców „Radia Kibelek”, żyjący do dziś Wacław Gluth-Nowowiejski „Wacek”, w Powstaniu Warszawskim żołnierz żoliborskiego Zgrupowania „Żmija”, pytany o tę specyficzną twórczość więzienną, wspomina: - Gdy skończyła się sprawa procesowa i czekało się na uprawomocnienie wyroku, to każdy dzień był podobny do poprzedniego. Trzeba powiedzieć, że w celi była bardzo interesująca „publiczność”: od profesorów wyższych uczelni, wybitnych polityków II RP po młodych chłopaków z Armii Krajowej, uczestników Powstania Warszawskiego. Aby się nie nudziło, wpadłem na pomysł, że trzeba działać i zrobić coś dla zgrywy. Podchwycił to Andrzej Wolski „Jur” z batalionu „Zośka” i Antoni Olszewski „Wilk” z batalionu „Miotła”. Jak zabawa, to zabawa i tak powstało „Radio Kibelek”, którego symbolem był karton od więziennej paczki z namalowanymi pastą do zębów pokrętłami. Antoś „Miotełka” kładł go na podniesionym do góry sienniku i zza tego podwyższenia my rozpoczynaliśmy śpiewać hejnał, którego byłem autorem. Andrzej Wolski był dobrym tekściarzem, a po pierwszym „spektaklu” zaczęli się do nas zgłaszać do współpracy inni koledzy, którzy mogli coś zaśpiewać czy napisać. Trudno dziś tamte nasze działania nazwać występem na jakimś artystycznym poziomie, ale chodziło o próbę złagodzenia tego straszliwego nastroju, który panował w celi, zwłaszcza kiedy wychodzili koledzy na wyroki śmierci. Całość repertuaru trwała nie dłużej niż 20 min. Trzeba było uważać, aby nie iść do karceru, ale nawet funkcyjni czy oddziałowi śmiali się z naszej twórczości, a cela dopominała się dalszych występów. Wystawiliśmy na początku trzy spektakle, a po miesiącu czy dwóch kolejne trzy. W sumie sześć. Ktoś jednak na nas doniósł i po ostatnim była już awantura. Musieliśmy więc je zakończyć, ale trzeba dodać, że ten humor spowodował, że żarty czy piosenki, które tam powstały, robiły duże wrażenie. Ludzie z naszej celi, gdy byli przenoszeni, opowiadali o występach innym więźniom i tak poszła fama o kabarecie z celi 34 – podsumowuje współtwórca „Radia Kibelek”.

Andrzej Wolski „Jur” z batalionu „Zośka” szczegółowo opisał powstanie „Radia Kibelek” w swojej książce „Drzwi bez klamek”:

Najbardziej brakowało nam wiadomości, kontaktu ze światem. Doszliśmy do wniosku, że każdy na pewno marzy o radiu. Stwórzmy więc iluzję, bo przecież teatr to właśnie świat nieprawdziwy z prawdziwymi problemami. Pierwszy występ postanowiliśmy więc zrobić w formie słuchowiska radiowego, którego spiker będzie jednocześnie konferansjerem stojącym obok odbiornika. Teraz najważniejsze było ułożenie programu radiowego, nazwanie naszej stacji. Teksty niezbędne do naszej audycji trzeba było gdzieś notować. Tymczasem ani skrawka ołówka, ani kawałka papieru do pisania. Właśnie głowiliśmy się nad rozwiązaniem, gdy oddziałowy wrzucił do celi kilka egzemplarzy „Trybuny Ludu” i „Ogonioków”. Natchnienie przyszło natychmiast. Najlepszy do tego celu wydał nam się „Ogoniok” ze względu na twardszy papier, mniejszy format i dużo ilustracji. Zgiętą na połowę kartkę z fotografią komsomolca posmarowaliśmy tłuszczem i posypaliśmy proszkiem do zębów. Cienki patyk, wyciągnięty z miotły, posłużył jako rysik i w ten sposób mogliśmy pisać teksty, naśladując skrybów ze starożytnego Rzymu. Zarówno tłuszcz, jak i proszek do zębów dostawaliśmy w paczkach, tak więc mogliśmy przystąpić do produkcji tabliczek, a zatem tworzyć. Pierwszy utwór stał się hymnem naszego radia, później nazwą teatrzyku. Okazało się, że najpopularniejszym obiektem w celi jest kibel, bo to on dał nam inspirację do napisania piosenki śpiewanej w rytmie fokstrota. Dalej już poszło gładko, natchnienia nie brakło, entuzjazmu było jeszcze więcej tak, że trzeba było zwiększyć produkcję tabliczek. Nie można tu pominąć kapitalnej roli, jaką odegrał w naszym teatrze dziadzio Gil. Wrzucono go do celi jakiś tydzień temu. Siwa mocna czupryna odrosła już na jeżyka, stanowiąc dobraną całość z dużą srebrzystą brodą. Nie wiadomo, dlaczego był on w swoim czarnym garniturze, czym jeszcze bardziej odbijał od naszej szarej, drelichowej gromady. - Gil jestem - przedstawił się. Jego basowy głos zabrzmiał tak głośno, że wszyscy skierowali głowy w jego stronę. Małe ciemne oczy przebiegały po naszych twarzach, rozsiewając iskierki wesołości. Ciepło przyjaźni promieniowało od jego postaci. Zrobiliśmy mały krąg, a dziadziunio grzmiał basem. - Moja wnuczka poznała młodego człowieka na imieninach u kolegi. Chłopak przystojny, dziewczyna ładna, zaczęli się spotykać, wychodzić razem. On często przychodził do nas i... nagle znikł. Nie minęło dużo czasu, kiedy przyszli po nią... Do dzisiaj nie mam z nią kontaktu - zamilkł przez chwilę jakby dla nabrania oddechu i dodał: - Zmaltretowali ją w śledztwie, ale wiem, że jeszcze żyje... Jego siwa głowa opadła, zdało się, że czegoś szuka na podłodze albo unika wzroku naszych oczu. Chwilę gładził siwą brodę w zamyśleniu, po czym odrzucił głowę w tył i uśmiechając się dorzucił: - Miesiąc temu przyszli po mnie - wyraźnie się ożywił. - Wprowadzili mnie do śledczego, a on z miejsca do mnie: „No, Gil, śpiewajcie, jeśli chcecie ujrzeć swoją wnuczkę jeszcze żywą”. A ja na to: „Ja nie z tych Gilów, co śpiewają!” - Jego oczy teraz gorzały spod krzaczastych brwi. Jeszcze tego samego wieczora Gil zbliżył się do mnie. - Pan nazywa się Wolski, prawda? - Tak - rzekłem zdziwiony. - Jestem przyjacielem mecenasa Jagowda. Niedawno rozmawialiśmy o panu. Nie spodziewałem się, że tak niedługo spotkamy się, i to tutaj. Mnie prawdopodobnie wnet wypuszczą. Musiało coś zmienić się w śledztwie, bo nagle zostawili mnie w spokoju i nawet pozwolili na brodę... To jest dobry znak - zaśmiał się cicho. - Moja wnuczka jest w szpitalu więziennym w bardzo ciężkim sianie. Ale wytrzymała dziewczyna i nie dała się wciągnąć w jakiekolwiek zeznania. Zapłaciła ciężko, ale dzięki temu może uratowała sobie życie... Gdyby pan chciał coś przekazać do teścia, do żony, to proszę powiedzieć. A teraz chodźmy - pociągnął mnie za rękaw - zaśpiewamy cichutko coś na dobranoc. To pokrzepia. Dziadzio Gil miał świetny słuch, no i ten wspaniały bas. Do naszego teatru jak znalazł. Żeby go tylko nie zwolnili... Premierę zapowiedzieliśmy na niedzielę. W ten dzień przeważnie nic się nie działo, a personel więzienny zredukowano do oddziałowych i oficera dyżurnego. Jak tylko skończył się obiad, zaczęliśmy przygotowywać „scenę”. Piekarski i Olszewski przynieśli stół celowego, który następnie przykryli dwoma kocami tak, by zakrywały cały jego przód aż do ziemi. W ten sposób publiczność nie mogła widzieć, co dzieje się pod stołem. Natychmiast cała nasza ekipa radiowa wsunęła się pod stół, a Wacuś Nowowiejski, który był jednocześnie konferansjerem i spikerem, zbliżył się do „studia” i kiedy się uciszyło, zapowiedział, że za chwilę odbędzie się audycja radiowa z naszej własnej radiostacji. Na te słowa Piekarski wyciągnął zza „kostki” duże pudło kartonowe, na którym były narysowane proszkiem do zębów gaiki, skala oraz duży napis: „Radio Kibelek”, bo tak nazwaliśmy naszą stację. Antek podniósł powoli pudło udając, że „radio” dużo waży i ostrożnie postawił je na stole. Tu zaczął manipulować gałkami. Rozległy się piski, gwizdy i nagle Wacek zaintonował swoim tenorem:

- Razu pewnego o późnej już godzinie, Antoś Miotełka postawił w rogu skrzynię. Pogładził ją, pokręcił i wprost, i w skos, A ta skrzynia jak nie mknie nagle w głos. Zdębieli, struchleli zebrani w krąg słuchacze. Czary czy cuda, nie może być inaczej. Gdy wtedy w zjeżoną trwogą ciszę wtargnął bas.
Tu zagrzmiał Gil: - Na trzydziestej czwartej fali proszę słuchać nas.
Teraz my wszyscy chórem: - Radio Kibelek proszę panów. Psi, psi... prr prr to jest nasz znak. Muzyka rżnie do tanów, Szalony jazz wybija takt. Są i prelekcje i odczyty. Jest i gałczynizm jak kto chce, Lecz przede wszystkim znakomity Gucio Drewniaczek w eter śle.
Znów Wacek solo: - Hej halo, halo, posłuchać proszę mnie, Dziś nowa moja powieść: Noce i Dnie. I wreszcie wszyscy: - Radio Kibelek dla każdego, Nie zna poziomów ani klas. Dla złego jest i dla dobrego. Bo tak jak kibel jest dla mas. Psi, psi,.. prr, prrr, pr pr…

Trochę przesadziliśmy z tym prukaniem na końcu, ale publiczność była zachwycona i brawa otrzymaliśmy rzęsiste. Pod stołem zaczynało się robić coraz cieplej, a nogi zdrętwiały już na dobre. Dziadzio Gil sapał teraz ciężko, ale program musiał iść. Wiersz Wacka o wolności, która już tuż, tuż... wykręcił niejedną łzę, a za to fraszki o śmiesznostkach niektórych z nas powodowały huragany śmiechu. Wacek jako konferansjer rzucił jeszcze parę dowcipów, zabrzmiało „Serce w plecaku” nadane z radiostacji pod stołem, parę zgadywanek ożywiło widownię, po czym nasz hymn Radio Kibelek, proszę panów... tryumfalnie zakończył program. Zanim przebrzmiały ostatnie słowa piosenki, rzuciłem okiem przez szparę w kocu w kierunku kraty. Z boku, bardzo dyskretnie, stało dwóch oddziałowych z ubawionymi minami. Tak powstał w Więzieniu Mokotowskim teatrzyk „Radio Kibelek”. Teatr to zbyt wielkie słowo, ale dla nas mimo wszystko osiągnięcie, i co najważniejsze dla naszych współtowarzyszy – godzina zapomnienia ponurej rzeczywistości. Chyba to było dla mnie największą satysfakcją. Kiedyś w harcerstwie było takie zalecenie, że harcerz powinien w ciągu dnia zrobić chociaż jeden dobry uczynek. Przez chwilę wydało mi się, że jestem dobrym harcerzem. Z drugiej strony chyba nareszcie zrozumiałem istotę istnienia teatru, tę pasję przeniesienia ludzi w inny świat, sztukę grania na ich wyobraźni. Pojąłem też wielkość teatru szekspirowskiego, prawie odartego z dekoracji, obnażonego do granic czystego słowa. Po pierwszym sukcesie należało sięgnąć po drugi. Toteż od poniedziałku zaczęła się nowa produkcja tabliczek i rysików. Zapach mięty rozchodził się po całej celi. Celowy poprosił oddziałowego o „Ogonioki”. Ten, widać, zameldował gdzie trzeba, bo sam „polwych” z dumą przytaszczył ze dwadzieścia numerów najświeższego wydania. Musiał się, biedak, uradować, że ziarno padło na dobrą glebę. Jeszcze będą z tych bandytów dobrzy obywatele Polski Ludowej... Tak więc materiały piśmiennicze były gotowe. Teraz tylko pomysły, no i jeszcze wieczny problem ukrycia zapisanych tabliczek. Właściwie prawdziwym niebezpieczeństwem mógł być tylko kipisz, bo nasz kapuś śmiał się najwięcej w czasie spektaklu. Przypuszczaliśmy, że w tym przypadku milczeniem przyłączy się do naszej konspiracji. Daliśmy jeszcze dwa przedstawienia, już bardziej zbliżone do występów teatralnych. Oczywiście „Radio Kibelek” stało zawsze na stole, hymn radia rozpoczynał uroczyście nasz program, ale dorzuciliśmy krótkie skecze, poezję deklamowaną, a nie „nadawaną przez radio”, no i konkurs żywych obrazów z nagrodami, który cieszył się ogromnym powodzeniem.

Artykuł ukazał się w Biuletynie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL "Rakowiecka 37", Nr 1/lipiec 2017 , s. 80-85.

1 wyświetlenie