Wspomnienia Andrzeja Rozpłochowskiego z Rakowieckiej


Przedstawiamy fragment dziennika spisywanego przez Andrzeja Rozpłochowskiego w więziennej celi na Rakowieckiej, gdzie przebywał od 28 lipca 1983 r. do 8 sierpnia 1984 r. Został on w całości opublikowany przez IPN książce "Jeden z jedenastu". Po całodziennej podróży 22 grudnia ub.r. z więzienia w Uhercach w Bieszczadach, gdzie byłem internowany, przewieziono mnie do MSW w Warszawie. Podróż odbyłem nieoznakowanym cywilnym fiatem 125p, jak się potem okazało, z Komendy Wojewódzkiej MO w Krośnie. Oprócz kierowcy w cywilu konwojował mnie umundurowany podoficer milicji w stopniu sierżanta. Przez całą podróż ręce miałem skute kajdankami. W gmachu MSW zostałem poddany rewizji, z pisemnym jej umotywowaniem przedstawionym mi, że jestem podejrzany o spisek antypaństwowy i mogę posiadać przy sobie dowody przestępczej działalności. Następnie zjawił się prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej, podpułkownik wojsk lądowych, i w towarzystwie oficera SB w stopniu kapitana, o nazwisku chyba Fonfara, rozpoczął przesłuchanie mnie jako podejrzanego. Całość tej rozmowy nagrywano na magnetofon, który stale się psuł. Cały dzień nie miałem nic w ustach oprócz kanapki zabranej rano z Uherc, którą wnet zjadłem w podróży, oraz jabłka, którym poczęstował mnie konwojujący milicjant. Poprosiłem prokuratora o posiłek. Jakaś kobieta przyniosła talerzyk kapusty, która miała być bigosem, szklankę herbaty i chleb. Przesłuchanie zakończyło się moim stwierdzeniem o niewinności i wręczeniem mi decyzji o tymczasowym aresztowaniu do 22 marca 1983 r. Fiatem przewieziono mnie do aresztu na ul. Rakowiecką, gdzie jestem do dnia dzisiejszego. Była już późna jak na areszt pora, po zgaszeniu świateł, czyli po 21.00. Przyprowadzono mnie do pawilonu. Na parterze, w pustej celi czekała już na mnie więzienna wyprawa: dwa koce, dwa prześcieradła, zagłówek, aluminiowa miska głęboka i płytka, takiż kubek i łyżka oraz koszula i kalesony. Musiałem rozebrać się do naga, aby po oględzinach ubrać się już w bieliznę aresztu, i tylko w spodnie i w sweter. Odbył się przegląd posiadanego przeze mnie dobytku. Było tego sporo - po rocznym internowaniu. Po wydaniu mi moich najniezbędniejszych przyborów do mycia i higieny oraz listów, papieru itd. zostałem wprowadzony na drugie piętro. W celi nr 16 było już trzech mężczyzn. Zająłem ostatnie wolne łóżko 11 góry. Dwóch młodych było z Solidarności (27 i 30 lat): Edward Mizikowski (Huta Warszawa) z MRKS i Marian Zembrowski (budowlaniec z Warszawy), druk bibuły. Ten trzeci to facet po pięćdziesiątce, Bogdan Trejtowicz z Warszawy, z Radiokomitetu (za sprawy gospodarcze - był już po wyroku). Nad nim właśnie spałem. W tym składzie byliśmy ze sobą niezmiennie do ostatnich dni lutego 1983 r., gdzie zabrano Mizikowskiego, który spodziewał się, że jedzie na obserwację szpitalną do Łodzi. Nikt nowy nie doszedł. Tak dotrwaliśmy do ostatnich dni kwietnia. Tymczasem wcześniej, przez wszystkie minione dni, nasz czas był w miarę usystematyzowany, zarówno dla mnie osobiście, jak i w całej celi. Wszyscy oprócz Edwarda Mizikowskiego byliśmy wzywani na przesłuchania. Trejtowicz, mistrz kucharski - jak się określał - z zawodu, szykowa śniadania i kolacje, wymyślając nawet ciekawe kanapki, na ile to w tych warunkach możliwe. Oczywiście uciecha była i było to łatwe, kiedy były paczki. Trejtowicz sam się rwał do kuchcenia i nie dal sobie tego odebrać, na co reszta przystała. Na krótko przed odejściem Mizikowskiego rozpocząłem razem z nim dość intensywne ćwiczenia gimnastyczne na kocu na podłodze, do których dołączyła wkrótce reszta. Trejtowicz szybko odpadł, gdyż jak powiedział, miał kłopoty z ręką. Ale wróćmy do chronologii wydarzeń. W noc sylwestrową 1982 r., chyba gdzieś ok. 23.00, doszedł do naszych uszu przez okno wyraźnie głos audycji radia Solidarność", Specjalnej audycji dla nas w areszcie. Cale nagranie zdążyło powtórzyć się w połowie, zanim głośniki zamilkły. Najprawdopodobniej były zainstalowane w okolicy SGGPiS-u. W końcu stycznia 1983 r. funkcjonariusz administracji aresztu, powołując się na pismo NPW, poinformował mnie, że prokurator zatrzymał do akt dwa moje pierwsze listy wysłane do domu i list od Basi do mnie. Pierwszą korespondencję doręczono mi w lutym. W końcu tego miesiąca zostałem też po raz ostatni wezwany na przesłuchanie i odtąd nie byłem tam do dzisiaj. Oprócz stałych przesłuchań przez oficerów SB, najpierw ppor. Brejtkopfa, a potem jakiegoś kapitana, dwa razy przesłuchiwał mnie prokurator NPW prowadzący moją sprawę - płk mgr Ryszard Szczęsny. Z otrzymywaniem korespondencji mam ciągle niejasności. Z drobnymi wyjątkami (w czerwcu) listy czy karty otrzymuję po dwudziestu dniach lub po miesiącu od dnia pisania, a często i po dwudziestu dniach od daty cenzurowania ich przez prokuratora. Przed świętami Wielkanocy miałem możliwość, na moje życzenie, spotkać się z kapłanem i wyspowiadać się oraz przystąpić do komunii św. Był to o. paulin w stopniu pułkownika wojsk lądowych. U dało mi się uzyskać zezwolenie na zabranie przez Basię moich rzeczy z depozytu do domu. Uzyskałem też zezwolenie na otrzymywanie z domu prasy. Trwało to bardzo długo - od lutego do końca kwietnia. Od początku pobytu dopominałem się ciągle u administracji aresztu, jak też i w NPW, o umożliwienie mi korzystania z radiowych transmisji mszy św. w niedziele i święta. Cały polityczny pawilon III, w którym przebywam, jest niezradiofonizowany, więc proponowałem, że rodzina dostarczy radio tranzystorowe, które na czas mszy św. będzie mi wydawane do celi. Znikąd nie było rozwiązania. Zażądałem wreszcie przybycia sędziego penitencjarnego. Po jakimś czasie przybył pułkownik z sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Rozmowa odbyła się między nami w towarzystwie tzw. wychowawcy pawilonu (porucznika) oraz jakiegoś oficera (majora) z zarządu aresztu. Sędzia penitencjarny powiedział, że radia nie dostanę, bo mógłbym... połknąć jakiś tranzystor. Po ok. dwóch tygodniach od tej rozmowy zostałem w niedzielę poprowadzony do innego budynku na transmisję mszy św. Odtąd prowadzany tam jestem systematycznie, lecz o różnych porach, gdyż słucham mszy w pojedynczej celi, na tzw. twardym, w odtworzeniu jej z magnetofonu radiowęzła aresztu. W końcu kwietnia przeniesiono naszą trójkę do innej celi (nr 4) na tym samym piętrze. Po kilku dniach zabrano Trejtowicza, a mnie z Zembrowskim przeniesiono znowu kilka cel dalej (do nr 9). 13 maja przeniesiono nas na parter, na Oddział I, do celi nr 9. Któregoś wieczoru, niewiele dni po tym, wprowadzono nam chłopaka tylko na jedną noc. Był z pierwszego piętra. Po kolacji wydano mu wszystkie rzeczy z depozytu i miał się przyszykować na ranny wyjazd, co nastąpiło zaraz po śniadaniu. Pamiętam, że był z Warszawy, też za jakąś, jak mówił, robotę w konspiracji. Na początku czerwca dano nam do celi następnego warszawiaka, też z Solidarności. Był to Maciej Zalewski - pracownik Uniwersytetu Warszawskiego. Na kilka dni przed przyjazdem do kraju papieża Zalewski dostał siedem dni „twardego” za znalezienie przy nim grypsu mówiącego o przystąpieniu do strajku głodowego naszych w areszcie przez wszystkie dni pielgrzymki Ojca Świętego. Na kilka dni przed datą jej rozpoczęcia przy wychodzeniu na spacer byliśmy wszyscy systematycznie poddawani rewizji do naga w poszukiwaniu grypsów. Po znalezieniu takiego u Zalewskiego całą naszą trójkę w celi doprowadzono do raportu przed naczelnikiem aresztu. Ja i Zembrowski bez żadnych dowodów, z zarzutem przerzucania grypsów o głodówce na spacerniaku, zostaliśmy ukarani rozmową ostrzegawczą z wpisaniem do akt, a Zalewski poszedł na dechy. Wrócił do nas w drugim dniu protestu głodowego. Protest ten był wyrazem naszego sprzeciwu przeciwko ograniczaniu praw obywatelskich i związkowych w kraju. Wytrwaliśmy w celi całe osiem dni, pijąc tylko wodę z solą. Sól chciano nam też zabrać, ale się temu przeciwstawiłem. Od przybycia, 22 XII 1982 r., do lutego, a nawet do marca 1983 r., miałem straszne bóle głowy w potylicy. Dostawałem na to, po wizycie u lekarza, jakieś proszki do picia, ale bez efektów. W końcu z wiosną jakoś moja głowa sama się uspokoiła. Po staraniach u lekarza udało mi się w styczniu wydobyć z depozytu przywiezione z sobą witaminy. Inaczej nic nie wolno mieć przy sobie, a wszelkie ich leki czy nawet witaminy roznosi codziennie pielęgniarka. Cela, w której teraz jestem od 13 maja, jest chyba jedną z najgorszych w całym pawilonie pod względem warunków bytowych. Okno wychodzi wprost na niedaleko odległą ścianę budynku szpitala więziennego, przez co panuje tu wieczny mrok, tak że stale musi się palić żarówka. Nie znamy w ogóle światła dziennego. Ten stan rzeczy odczuwam już bólem oczu, zwłaszcza dlatego że dużo czytam i piszę. Posadzka jest z płytek ceramicznych. Cały wolny środek celi, czyli właściwie jedyne wolne miejsce, przypomina jednak jedno gruzowisko, ponieważ płytki są kompletnie zniszczone. Jedyne co cieszy, to to, że nie ma tutaj robaków. U góry, po drugiej stronie pawilonu, od strony kuchni, było ich pełno. Gnieździły się pod kaloryferem. Niejednokrotnie brało się wtedy gazetę zwiniętą w rulon, podpalało i wkładało pod grzejnik. Robactwo uciekało po ścianach i podłodze, a my na to tylko czekaliśmy, tłukąc je butami. W celi jest bieżąca woda z umywalką, ale tylko zimna. Dobrze, że jest normalny sedes, gdyż są cele na innych pawilonach, zwłaszcza wszystkie do tzw. twardego, w których nie ma bieżącej wody, a na załatwienie się jest metalowy kubeł przykryty deklem. Około 20 czerwca zabrali Zembrowskiego. Był już w trakcie procesu, na kilka dni przed spodziewanym ogłoszeniem wyroku. Zostałem tylko z Zalewskim. 26 lipca zabrali i jego. Myślę, że objęła go amnestia, gdyż stawiany mu zarzut mieścił się w jej zastosowaniu. Wyszedł z celi w obiad. Tego samego dnia, około kolacji, tak że kilka godzin byłem sam, wprowadzono do celi nowego gościa. Adamkiewicz, też z Warszawy. Siedzi już rok w śledztwie. Ginekolog z zawodu, wsadzony za przestępstwa gospodarcze. Chodzi o niepłacone podatki za towary z przesyłanych na jego i adresy znajomych paczek z Anglii z kosmetykami. Wraz z jego przybyciem nie zakłócił mi się spokój w celi, tak jak było z innymi. Od początku siedzi całe dnie i bez przerwy oblicza swoje rachunki. Wydatki i dochody, dla swojej obrony, a ja, tak jak zawsze, przy stoliczku w kącie celi, przy grzejniku przesiaduję i czytam lub piszę. Tu w całym areszcie są takie zwyczaje czy też przepisy, nie wiem, bo nikt mi nie pokazał regulaminu, że w ciągu dnia nie wolno położyć się na łóżku. Można tylko siedzieć na stołku, stać lub chodzić; trzy kroki w jedną, a potem w drugą stronę. Łóżko jest według specjalnego wzoru zaścielone. Cóż za absurd i wręcz niczym nieuzasadniona szykana dla człowieka. Tylko za zezwoleniem lekarza można dostać dwie godziny (maksymalnie) leżenia do południa i po południu. Mnie, jak dotąd, takiego zezwolenia nie udało się dostać, mimo że byłem u lekarza niedawno, mówiąc, że boli mnie kręgosłup i kość ogonowa przy siedzeniu. Mam być poddany prześwietleniu. Wodę ciepłą, w zasadzie, dostaje się raz dziennie - jedno wiadro, przy obiedzie - z myślą o myciu naczyń. Jednak, jeżeli chce się dostać wiaderko rano, to przy śniadaniu dadzą. Co tu jeszcze jest ze spraw porządkowych? Aha, to kwestia, jak wydawane są posiłki. Jeżeli ktoś ma przyznaną dietę przez lekarza, a ja mam, to na śniadanie, obiad i kolację, przed ich roznoszeniem przez funkcyjnych skazanych - kajfusów - trzeba wystawić naczynia, na taborecie, przed celę. Po wieczornym apelu odzież, złożona w kostkę na taborecie, oraz buty zabierane przez funkcyjnych na korytarz. Kostkę przykrywa się jeszcze ręcznikiem. Chcąc cokolwiek załatwić, trzeba wieczorem przygotować karteczkę z opisaną sprawą i rano, przy śniadaniu, oddać ją oddziałowemu. Tak jest ze wszystkim - czy chcesz igłę z nitką, nożyczki czy cokolwiek innego - zapisujesz się na 1nzmowę do wychowawcy lub naczelnika lub bezpośrednio na piśmie przedstawiasz im daną sprawę do załatwienia. Jeżeli zapisałeś się na rozmowę, to najczęściej oczekuje się na nią ileś tam dni; raz niewiele, raz sporo. Żeby iść do lekarza, też trzeba w tej sprawie oddać rano kartkę oddziałowemu. Całe życie jest tutaj tak zorganizowane, że niepiśmienny miałby rzeczywiście kłopoty chyb ze wszystkim. Tak więc wyrabiają ci tu charakter, a ty sobie też - ale pisma. Z efektami tych starań to bywa różnie. Ja np. już w styczniu wystąpiłem, na piśmie oczywiście, do naczelnika o zgodę na korzystanie z katalogów specjalistycznych tutejszej biblioteki. W czerwcu (!) ustami wychowawcy zostałem poinformowany, że naczelnik odmówił. Chyba w kwietniu wystąpiłem do wychowawcy o talon na paczkę higieniczną. W połowie czerwca osobiście mnie zapewniał, że tak, tak, lada dzień go dostanę. Do dzisiaj nie dostałem. Również na początku roku prosiłem lekarza, bo tylko poprzez niego można, o talon na paczkę owocową. Bodaj z końcem marca wychowawca poinformował mnie, że naczelnik nie wyraża zgody. No i tak to leci. Bywa, że jest i lepiej. Kiedy w lipcu byłem jeszcze we dwójkę z Zalewskim, w wolną sobotę, kiedy nie ma lekarza ni pielęgniarki w pawilonie (lekarz jest tylko jeden dzień w tygodniu), tak go rozbolał brzuch, że leżał bez ruchu, mimo wszystko na łóżku, i bez słowa walczył z bólem, nie ruszając śniadania. Ja w jego imieniu poprosiłem oddziałowego o szklankę lub kubek przegotowanej, wrzącej wody, gdyż tylko tego chciał się napić. Kiedy poprosiłem o lekarza (jest w szpitalu więziennym na dyżurze), to jeden klawisz wypyskował, że chyba wiemy, że w wolne soboty i niedziele nie ma lekarza, a o wodzie nie chciał słyszeć. Nieco później poprosiłem o wodę i lekarza drugiego klawisza - wodę zaraz przyniósł, a lekarz zjawił się wieczorem. Do kąpieli chodzimy raz w tygodniu. Na tym oddziale (kondygnacji), gdzie jestem od 13 maja, jest to piątek. Przed wyjściem do łaźni kajfusy rozdają czystą (to różnie wygląda w rzeczywistości, ale tak jest formalnie) bieliznę i ręczniki, a co drugi tydzień dochodzą do tego prześcieradła. Formalnie co dwa tygodnie, a praktycznie to też jest różnie, zabierają nam stare książki, aby po iluś dniach (nieraz już po dwóch) przynieść świeże. Wybór jest w zasadzie możliwy, gdyż na początku, kiedy jest się tutaj zamykanym, oddziałowy daje katalog i wpisuje się w swoją kartę biblioteczną numery książek, jakie się chce otrzymywać. Niewiele tu jest do wyboru, masę chały dla dorosłych i dla młodzieży czy dzieci (dosłownie, bo dla kogo wydaje Nasza Księgarnia), ale czasem jest coś rzadkiego i cennego. Chodzi tu zwłaszcza o książki starych, zaraz powojennych wydań i po roku 1956, których w bibliotekach publicznych już nie uświadczysz. Podobno naprawdę wartościowe książki są w katalogach specjalnych, ale moją próbę skorzystania z nich już opisałem. Zawsze w soboty rano dają do celi pastę do podłogi, szmatę oraz środek do mycia sedesu czy umywalki. Od kiedy jestem na dole, pod dziewiątką, nie pastujemy. No bo niby co, te potłuczone w kawałeczki płytki, co wylatują na wszystkie strony przy nieostrożnym kroku? Kiedy sprowadziliśmy się z Zembrowskim do tej celi, to był istny chlew. Myłem całą wkoło lamperię, wysoką na 1,40 m, szafkę, nieszczęsną posadzkę itd., aż się wszystko lepiło. Ciekawa jest kolorystyka ścian celi. Góra pomarańczowa, lamperia żółta, posadzka czerwona... a łóżka ciemnozielone. Wspaniały relaks dla oczu, nie ma co. Gdyby ściany były w jasnym seledynie, to można byłoby zwariować? Może w książkach mówią odwrotnie i gdzie indziej też, ale tu, w areszcie, wiedzą lepiej, co człowiekowi zamkniętemu na okrągło w czterech ścianach służy, i już. Co tam ktoś inny będzie filozofował. Jak tutaj trafi, sam się przekona. Jesteśmy wyprowadzani nominalnie na półgodzinne spacery do takich betonowych (z płyt) klatek. Tylko dwie są nieco większe. Żeby człowiek za bardzo się w nich nie rozkojarzał, to np. na wiosnę powierzchnie ich ścian wychlapano warstwą... cementu. Jest więc szaro i popielato, jak całe tu życie. A tak, trzeba wiedzieć, gdzie się jest. Maszeruje się po wyłożonym wkoło (a właściwie w kwadrat) wąskim chodniczku z płytek. Wolny w środku pas ziemi jest w zasadzie dziewiczy. W jednej tylko klatce - największej, rośnie kilka krzewów kwiatowych, a w kilku innych posadzono po kilka sztuk takich wysokich na metr zielonych roślin o szerokich liściach. Podobne to do słonecznika i cieszy niezdrowe oko. Na korytarzach wszędzie na przestrzał są zainstalowane kamery telewizyjne. Na spacerniaki też ma wgląd jedna kamera. Na co dzień ktoś w jakiejś dyspozytorni obserwuje sobie wszystko, a od święta mają pewnie niezłą Bonanzę. Okno w celi ma zupełnie matową, nieprzezroczystą, z grubego szkła szybę. Tylko lufcik jest „widzialny”. Zarówno on, jak i właściwe okno mogą być co najwyżej w szparkę uchylone. Dalej, ze wspornika, jest blokada. Całość tego jest w ogóle ciekawej konstrukcji. A więc tak: od wewnątrz, równo ze ścianą, jest gęsta krata - kwadraciki 10 x 10 centymetrów, z grubości 1 cm metalowych prętów osadzonych w ramie płaskownika. Od wewnątrz, wchodząc we wnękę okna do wysokości lufcika, przyspawany jest prostokąt w formie z płaskownika, który jest właśnie ową blokadą przed szerszym otwarciem właściwego ulena, Za tym jest owo okno. Za nim, równo z zewnętrznym murem, jest... następna krata, tylko z pionowych prętów o przekroju ok. 2 cm, wzmocniona dwoma poziomo wspawanymi płaskownikami. Ale to jeszcze nie koniec. U mnie teraz, jako że to parter, za tą kratą jest jeszcze rozpięta gęsta metalowa siatka o rombowych dziureczkach wielkości ok. 1,5 x 1,5 cm. No kapitalnie, co? W celi obok drzwi jest jeszcze klapa do dzwonka. Kiedy się przyciśnie, na korytarzu przy drzwiach celi zapala się czerwona lampka. To sygnał dla klawisza, że ktoś w celi ma jakąś naglą sprawę. Wyłącznik światła w celi jest również na korytarzu. W mojej obecnej celi jest tylko jedna szafka ścienna, o wymiarach ok. 50 x 25 cm, przedzielona pionowo na połowę. Ta polowa z jedną w środku półeczką przypada na jedną osobę. Na stanie celi są jeszcze miednica i drewniany kosz na śmieci, miotła i szufelka oraz prostokątny przenośny stolik o wymiarach ok. 80 x 40 cm, pięć drewnianych lub na metalowym krzyżaku taboretów, a także pod oknem, zamocowane w ścianie, ruchome jakby krzesełko (samo siedzisko) i blat stolika, o wymiarach ok. 50 x 40 cm. Łóżka są metalowe, piętrowe, typu wojskowego, o częstszym zastosowaniu w ramie płyty pilśniowej zamiast sprężyn. Jednolity materac i zagłówek bardzo zdezelowane. Na osobistym stanie: dwa prześcieradła, dwa koce (latem jeden), jasiek z powłoczką, trzy białe ręczniki oraz frycowata czapeczka. Czasem ktoś ma jeszcze bluzę, taką jak od ubrania roboczego, a zimą wydają dość ciepłą kurtkę. To wszystko. Dwa razy w miesiącu jest tzw. wypiska. Jakiś czas przed nią oddziałowy roznosi do cel czyste paragony oraz wykaz towarów możliwych do nabycia, z ich ceną i wagą lub ilością albo rodzajem. Wpisuje się na paragon to, co się chce nabyć, i wkrótce oddziałowy paragon i wykaz zabiera. Kiedy przychodzi dzień wypiski (w zasadzie około dziesiątego i dwudziestego), pojedynczo chodzi się do innej, pustej celi na tym samym korytarzu, w której jeden i ten sam oddziałowy ma wszystkie produkty już poważone lub podzielone i je wydaje. Wszystkie przechodnie kraty na korytarzach, między budynkami, różne furty itd., jakie widziałem i przez które się poruszam, są otwierane i zamykane zdalnie, na elektromagnesy. W obrębie korytarza oddziału obsługuje je urzędujący na nim oddziałowy, w stojącym na środku przy jednej ze ścian kantorku. W innych sytuacjach są podobne kantorki na zewnątrz i wewnątrz budynków. I wszędzie te kamery. Musi być ich mnóstwo. Ja widziałem dziesiątki sztuk, a poruszam się wyłącznie po pewnej części tylko dwóch sąsiednich budynków, których łącznie jest sporo na terenie kompleksu aresztu. Muszę jeszcze dodać coś o spacerniaku. Otóż spacer jest ekstradozorowany. Na wysokości końca muru jednego z ciągu ścian klatek spacerowych, pomiędzy nimi a ścianą boczną mojego pawilonu, na wysokości pierwszego piętra, rozpięty jest metalowy pomost z barierkami, po którym chodząc, dozoruje jeden lub dwóch klawiszy. Pomost ciągnie się wzdłuż całego szeregu będących jeden obok drugiego spacerniaków. Z tego pomostu jest bezpośrednie wejście dla funkcjonariuszy do pawilonu w postaci drewnianej przybudówki. Jest ona swoistą wartownią dla dozorujących spacer mojego spacerniaka. Inne wartownie nie, mają swoje spacerniaki lub klatki albo dla ludzi po skazaniu jest to wybrany kawałek terenu otwartego. Mój pawilon stanowi tylko połowę budynku. Druga jego część to już inny pawilon, tzw. przejściówka, w której siedzą ludzie już po ,,kazaniu. Czekają na transporty, które rozwożą ich do różnych więzień w kraju dla dalszego odbywania kary. Najczęściej, jak słyszałem, transporty (samochodowe) idą nocą. Pobudki i capstrzyki, apele, pory posiłków oraz specjalne alarmy dla Służby Więziennej sygnalizują specjalne dzwonki rozmieszczone na każdym oddziale (piętrze) każdego pawilonu. Do każdej celi każdego dnia dostarczana jest darmowo jedna „Trybuna Ludu”, Z tego, co wiem, nasz chyba tylko pawilon - dla ludzi w śledztwie - nie jest zradiofonizowany. Obecnie jest on tylko dla politycznych i dla ludzi zatrzymanych za ciężkie przestępstwa, np. gospodarcze. Tu siedzą m.in. Szczepański, Tyrański i inni, część kierownictwa KPN, zamknięty w śledztwie KOR, nasza siódemka, no i wielu innych wyjmowanych z podziemia. Nie wiem, na ile amnestia przerzedziła cele, ale ludzi jest tu jeszcze sporo. To się słyszy. Cele zajmują parter i dwa piętra budynku, a dalsze dwa bezpieka, no i nie wiem jeszcze kto. Zimą na korytarzu esbecy mieli ustawiony stół pingpongowy i ilekroć szedłem do nich na przesłuchanie, wciąż było sporo grających. Moja cela ma wymiary 4 x 3 m, o wysokości ok. 2,5 m. Jest raczej typowa, tylko że te od pierwszego piętra są już o ok. 0,5 m niższe i mają jeden grzejnik czterożeberkowy, a tu są dwa. Powietrze jest bardzo suche, np. wyprany do południa ręcznik rozwieszony na poręczy łóżka o 18.00 jest już suchy. Pokoje przesłuchań nie są większe od cel. Mają też na zewnątrz sygnalizację lampkową. W zasadzie są tam tylko biurko z krzesłem przesłuchującego oraz dwa proste krzesła dla ofiary lub jego ofiar. Zimą było tam zimniej niż u nas. Są za to dużo większe i czyste okna. Przesłuchujący dostarcza kartkę z nazwiskiem, kogo chce widzieć, oddziałowemu. Ten wywołuje tę osobę z celi. Już na korytarzu po cichutku szepce jej, że ma iść do góry i pod który numer pokoju. Każde wyjście z celi, jak spacer, przesłuchanie, widzenie itd., oddziałowy poprzedza zapowiedzią wyjścia, tak ażeby można się było przygotować. Do tej pory - ostatni dzień lipca - miałem tylko dwa widzenia z Barbarą; jedno w kwietniu i drugie w czerwcu. Są ich dwa rodzaje. Normalnie przy stoliku w towarzystwie pracownika SB albo przez telefon. Ja miałem dwa minione widzenia tylko przez telefon. Wygląda to w ten sposób, że widzący się rozdzieleni są taflą szklaną, która tworzy pełną ścianę. Nie sposób usłyszeć głosu z drugiej strony- sprawdzałem. Tafla tej ściany podzielona jest na osobne takie stoiska, gdzie w każdym, po jednej i drugiej stronie, znajduje się słuchawka telefoniczna. Po stronie, na której znajdują się aresztowani, w części całego pomieszczenia znajduje się specjalna kabina, z której można dopiero dać głos w słuchawki, aby móc rozmawiać. Jest tam zawsze jakiś funkcjonariusz więzienny, który operuje wszystkimi stoiskami. Dodatkowo jest przy nim, jeżeli uzna to za stosowne, doprowadzający na widzenie pracownik SB i z osobnej słuchawki podsłuchuje on to stanowisko, na którym ma widzenie człowiek, którego ma „w opiece". Przypuszczam, że takie widzenie-rozmowa jest lub może być nagrywane. To byłoby chyba wszystko, co istotnego z rzeczy ogólnych chciałem opisać. Dziennik ten rozpocząłem, jak wskazuje nagłówek, 28 lipca, a dzisiaj jest 31 lipca. Zgubiłem i te cztery dni nieco, a to... z braku czasu. Tak, miałem sześć listów do napisania - wszak jutro jest poniedziałek. A wszelką pocztę można oddawać tylko raz w tygodniu, właśnie w poniedziałki. Tak więc to odpisywanie zajęło mi zbyt dużo czasu. Ale dzień dzisiejszy zapiszę też już normalnie. (…) Na śniadanie dali tylko po kosteczce margaryny i czarną kawę. Na obiad zupa z kaszą oraz ziemniaki, kawałek kiełbasy i ździebko surówki ze świeżej kapusty. Zaraz po obiedzie zadzwoniłem i przypomniałem się oddziałowemu, kiedy pójdę na transmisję mszy św. Było to dziwne, gdyż zawsze chodziłem najpóźniej przed obiadem. Chyba zapomniał, gdyż zaraz mnie poprowadził. Uważam, że była bardzo ważna moralnie dla ludzi homilia - o sensie i godności pracy ludzkiej. O tym, że człowiek musi być panem, a nie niewolnikiem pracy. Było to przypomnienie encykliki Jana Pawła II o pracy. (…) Jutro 1 sierpnia, rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Ile ciekawych odbędzie się na wolności spotkań i uroczystości. To jest również mój sierpień, który zaczął się trzy lata temu. Ale ważne będą dla mnie dni 29-31.Jak ten czas, Hoże, szybko leci. Rok temu w Zabrzu-Zaborzu była nas grupka dwudziestu kilku osób. Tamte dni mają łączność z dzisiejszymi, ale już inną formę. Inną, ale ciągle niezmienną w swej istocie. (...) Link do książki https://ipn.gov.pl/.../84627,Jeden-z-jedenastu...

0 wyświetleń