Wspomnienia Andrzeja Rozpłochowskiego z Rakowieckiej


Przedstawiamy fragment dziennika spisywanego przez Andrzeja Rozpłochowskiego w więziennej celi na Rakowieckiej, gdzie przebywał od 28 lipca 1983 r. do 8 sierpnia 1984 r. Został on w całości opublikowany przez IPN książce "Jeden z jedenastu". Po całodziennej podróży 22 grudnia ub.r. z więzienia w Uhercach w Bieszczadach, gdzie byłem internowany, przewieziono mnie do MSW w Warszawie. Podróż odbyłem nieoznakowanym cywilnym fiatem 125p, jak się potem okazało, z Komendy Wojewódzkiej MO w Krośnie. Oprócz kierowcy w cywilu konwojował mnie umundurowany podoficer milicji w stopniu sierżanta. Przez całą podróż ręce miałem skute kajdankami. W gmachu MSW zostałem poddany rewizji, z pisemnym jej umotywowaniem przedstawionym mi, że jestem podejrzany o spisek antypaństwowy i mogę posiadać przy sobie dowody przestępczej działalności. Następnie zjawił się prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej, podpułkownik wojsk lądowych, i w towarzystwie oficera SB w stopniu kapitana, o nazwisku chyba Fonfara, rozpoczął przesłuchanie mnie jako podejrzanego. Całość tej rozmowy nagrywano na magnetofon, który stale się psuł. Cały dzień nie miałem nic w ustach oprócz kanapki zabranej rano z Uherc, którą wnet zjadłem w podróży, oraz jabłka, którym poczęstował mnie konwojujący milicjant. Poprosiłem prokuratora o posiłek. Jakaś kobieta przyniosła talerzyk kapusty, która miała być bigosem, szklankę herbaty i chleb. Przesłuchanie zakończyło się moim stwierdzeniem o niewinności i wręczeniem mi decyzji o tymczasowym aresztowaniu do 22 marca 1983 r. Fiatem przewieziono mnie do aresztu na ul. Rakowiecką, gdzie jestem do dnia dzisiejszego. Była już późna jak na areszt pora, po zgaszeniu świateł, czyli po 21.00. Przyprowadzono mnie do pawilonu. Na parterze, w pustej celi czekała już na mnie więzienna wyprawa: dwa koce, dwa prześcieradła, zagłówek, aluminiowa miska głęboka i płytka, takiż kubek i łyżka oraz koszula i kalesony. Musiałem rozebrać się do naga, aby po oględzinach ubrać się już w bieliznę aresztu, i tylko w spodnie i w sweter. Odbył się przegląd posiadanego przeze mnie dobytku. Było tego sporo - po rocznym internowaniu. Po wydaniu mi moich najniezbędniejszych przyborów do mycia i higieny oraz listów, papieru itd. zostałem wprowadzony na drugie piętro. W celi nr 16 było już trzech mężczyzn. Zająłem ostatnie wolne łóżko 11 góry. Dwóch młodych było z Solidarności (27 i 30 lat): Edward Mizikowski (Huta Warszawa) z MRKS i Marian Zembrowski (budowlaniec z Warszawy), druk bibuły. Ten trzeci to facet po pięćdziesiątce, Bogdan Trejtowicz z Warszawy, z Radiokomitetu (za sprawy gospodarcze - był już po wyroku). Nad nim właśnie spałem. W tym składzie byliśmy ze sobą niezmiennie do ostatnich dni lutego 1983 r., gdzie zabrano Mizikowskiego, który spodziewał się, że jedzie na obserwację szpitalną do Łodzi. Nikt nowy nie doszedł. Tak dotrwaliśmy do ostatnich dni kwietnia. Tymczasem wcześniej, przez wszystkie minione dni, nasz czas był w miarę usystematyzowany, zarówno dla mnie osobiście, jak i w całej celi. Wszyscy oprócz Edwarda Mizikowskiego byliśmy wzywani na przesłuchania. Trejtowicz, mistrz kucharski - jak się określał - z zawodu, szykowa śniadania i kolacje, wymyślając nawet ciekawe kanapki, na ile to w tych warunkach możliwe. Oczywiście uciecha była i było to łatwe, kiedy były paczki. Trejtowicz sam się rwał do kuchcenia i nie dal sobie tego odebrać, na co reszta przystała. Na krótko przed odejściem Mizikowskiego rozpocząłem razem z nim dość intensywne ćwiczenia gimnastyczne na kocu na podłodze, do których dołączyła wkrótce reszta. Trejtowicz szybko odpadł, gdyż jak powiedział, miał kłopoty z ręką. Ale wróćmy do chronologii wydarzeń. W noc sylwestrową 1982 r., chyba gdzieś ok. 23.00, doszedł do naszych uszu przez okno wyraźnie głos audycji radia Solidarność", Specjalnej audycji dla nas w areszcie. Cale nagranie zdążyło powtórzyć się w połowie, zanim głośniki zamilkły. Najprawdopodobniej były zainstalowane w okolicy SGGPiS-u. W końcu stycznia 1983 r. funkcjonariusz administracji aresztu, powołując się na pismo NPW, poinformował mnie, że prokurator zatrzymał do akt dwa moje pierwsze listy wysłane do domu i list od Basi do mnie. Pierwszą korespondencję doręczono mi w lutym. W końcu tego miesiąca zostałem też po raz ostatni wezwany na przesłuchanie i odtąd nie byłem tam do dzisiaj. Oprócz stałych przesłuchań przez oficerów SB, najpierw ppor. Brejtkopfa, a potem jakiegoś kapitana, dwa razy przesłuchiwał mnie prokurator NPW prowadzący moją sprawę - płk mgr Ryszard Szczęsny. Z otrzymywaniem korespondencji mam ciągle niejasności. Z drobnymi wyjątkami (w czerwcu) listy czy karty otrzymuję po dwudziestu dniach lub po miesiącu od dnia pisania, a często i po dwudziestu dniach od daty cenzurowania ich przez prokuratora. Przed świętami Wielkanocy miałem możliwość, na moje życzenie, spotkać się z kapłanem i wyspowiadać się oraz przystąpić do komunii św. Był to o. paulin w stopniu pułkownika wojsk lądowych. U dało mi się uzyskać zezwolenie na zabranie przez Basię moich rzeczy z depozytu do domu. Uzyskałem też zezwolenie na otrzymywanie z domu prasy. Trwało to bardzo długo - od lutego do końca kwietnia. Od początku pobytu dopominałem się ciągle u administracji aresztu, jak też i w NPW, o umożliwienie mi korzystania z radiowych transmisji mszy św. w niedziele i święta. Cały polityczny pawilon III, w którym przebywam, jest niezradiofonizowany, więc proponowałem, że rodzina dostarczy radio tranzystorowe, które na czas mszy św. będzie mi wydawane do celi. Znikąd nie było rozwiązania. Zażądałem wreszcie przybycia sędziego penitencjarnego. Po jakimś czasie przybył pułkownik z sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Rozmowa odbyła się między nami w towarzystwie tzw. wychowawcy pawilonu (porucznika) oraz jakiegoś oficera (majora) z zarządu aresztu. Sędzia penitencjarny powiedział, że radia nie dostanę, bo mógłbym... połknąć jakiś tranzystor. Po ok. dwóch tygodniach od tej rozmowy zostałem w niedzielę poprowadzony do innego budynku na transmisję mszy św. Odtąd prowadzany tam jestem systematycznie, lecz o różnych porach, gdyż słucham mszy w pojedynczej celi, na tzw. twardym, w odtworzeniu jej z magnetofonu radiowęzła aresztu. W końcu kwietnia przeniesiono naszą trójkę do innej celi (nr 4) na tym samym piętrze. Po kilku dniach zabrano Trejtowicza, a mnie z Zembrowskim przeniesiono znowu kilka cel dalej (do nr 9). 13 maja przeniesiono nas na parter, na Oddział I, do celi nr 9. Któregoś wieczoru, niewiele dni po tym, wprowadzono nam chłopaka tylko na jedną noc. Był z pierwszego piętra. Po kolacji wydano mu wszystkie rzeczy z depozytu i miał się przyszykować na ranny wyjazd, co nastąpiło zaraz po śniadaniu. Pamiętam, że był z Warszawy, też za jakąś, jak mówił, robotę w konspiracji. Na początku czerwca dano nam do celi następnego warszawiaka, też z Solidarności. Był to Maciej Zalewski - pracownik Uniwersytetu Warszawskiego. Na kilka dni przed przyjazdem do kraju papieża Zalewski dostał siedem dni „twardego” za znalezienie przy nim grypsu mówiącego o przystąpieniu do strajku głodowego naszych w areszcie przez wszystkie dni pielgrzymki Ojca Świętego. Na kilka dni przed datą jej rozpoczęcia przy wychodzeniu na spacer byliśmy wszyscy systematycznie poddawani rewizji do naga w poszukiwaniu grypsów. Po znalezieniu takiego u Zalewskiego całą naszą trójkę w celi doprowadzono do raportu przed naczelnikiem aresztu. Ja i Zembrowski bez żadnych dowodów, z zarzutem przerzucania grypsów o głodówce na spacerniaku, zostaliśmy ukarani rozmową ostrzegawczą z wpisaniem do akt, a Zalewski poszedł na dechy. Wrócił do nas w drugim dniu protestu głodowego. Protest ten był wyrazem naszego sprzeciwu przeciwko ograniczaniu praw obywatelskich i związkowych w kraju. Wytrwaliśmy w celi całe osiem dni, pijąc tylko wodę z solą. Sól chciano nam też zabrać, ale się temu przeciwstawiłem. Od przybycia, 22 XII 1982 r., do lutego, a nawet do marca 1983 r., miałem straszne bóle głowy w potylicy. Dostawałem na to, po wizycie u lekarza, jakieś proszki do picia, ale bez efektów. W końcu z wiosną jakoś moja głowa sama się uspokoiła. Po staraniach u lekarza udało mi się w styczniu wydobyć z depozytu przywiezione z sobą witaminy. Inaczej nic nie wolno mieć przy sobie, a wszelkie ich leki czy nawet witaminy roznosi codziennie pielęgniarka. Cela, w której teraz jestem od 13 maja, jest chyba jedną z najgorszych w całym pawilonie pod względem warunków bytowych. Okno wychodzi wprost na niedaleko odległą ścianę budynku szpitala więziennego, przez co panuje tu wieczny mrok, tak że stale musi się palić żarówka. Nie znamy w ogóle światła dziennego. Ten stan rzeczy odczuwam już bólem oczu, zwłaszcza dlatego że dużo czytam i piszę. Posadzka jest z płytek ceramicznych. Cały wolny środek celi, czyli właściwie jedyne wolne miejsce, przypomina jednak jedno gruzowisko, ponieważ płytki są kompletnie zniszczone. Jedyne co cieszy, to to, że nie ma tutaj robaków. U góry, po drugiej stronie pawilonu, o