okładka_mr_15 (2).jpeg
okładka.PNG

Słuchaj, im się nie wierzy

Z ks. Janem Sikorskim, duszpasterzem internowanych

rozmawia Jarosław Wróblewsk

Ludzie byli otumanieni, a prymas wiedział, o co chodzi. Był przedmurzem chrześcijaństwa. Inni kardynałowie w państwach komunistycznych byli prześladowani, ale żaden z nich nie miał takiej pozycji, jak kardynał Wyszyński. On był niezachwiany, stabilny jak taki kołek stojący w rzece, którego nie przewraca napór wody. Był takim jedynym przyczółkiem zachodniej kultury w państwie komunistycznym. Kiedy ksiądz po raz pierwszy usłyszał o Stefanie Wyszyńskim? Pierwszy raz to nazwisko usłyszałem przy okazji pogrzebu kardynała Hlonda. Wtedy byłem uczniem liceum i nasz ksiądz prefekt powiedział nam, że biskupem Warszawy został biskup lubelski, ks. Stefan Wyszyński. Mówił nam jednak o tym bez entuzjazmu, akcentując, że Wyszyński jest słaby i chory na płuca – do tego stopnia, że nawet święcenia kapłańskie miał przez to trochę później. To był chyba jego profesor. Nawet byłem tym zdziwiony, że to była taka opinia bez entuzjazmu. Później skończyłem szkołę i poszedłem w roku 1952 do seminarium. Tam dopiero zobaczyłem nowego prymasa

15_mr_fot_2.PNG

Święcenia biskupie

ks.­ Stefana Wyszyńskiego, Jasna ­Góra 1946­r.­

Fot. ­Wikipedia

Jakie zrobił pierwsze wrażenie?

Zrobił na mnie wielkie wrażenie. To był człowiek zupełnie inny niż się spodziewałem. Nie słaby i nie chory. Nagle wkracza majestat, potęga, dostojeństwo… i dobry humor. Miał z nami wspaniały kontakt i świetnie przemawiał. Już wtedy trochę wiedziałem o roli, jaką odgrywał w Kościele i jak bardzo był zagrożony. Jednak wtedy zobaczyłem w nim człowieka odważnego – i ujął mnie tym. Zrozumiałem, że możemy być spokojni.

Co budziło wtedy w księdzu niepokój?

Ostrzegano nas, że jeszcze trochę i Kościoła w Polsce nie będzie. Pamiętam, jak moja mama wróciła wzburzona z wywiadówki w liceum, ponieważ dyrektor szkoły powiedział do rodziców, że jak oni powymierają, to młode pokolenie będzie zupełnie inne i z Kościołem nie będzie już problemów. To był czas wzmożonego stalinizmu. Do naszego seminarium przychodziły wówczas Hiobowe wieści, że w Czechosłowacji rozwiązano seminaria, rozwiązano zakony i w Polsce też tak może być, że nie będzie dla nas możliwości kształcenia się. Planowałem więc sobie, że będę księdzem, ale takim tajnym. W seminarium było kółko introligatorskie, do którego się zapisałem i tak sobie planowałem, że w razie czego będę z zawodu introligatorem, a po cichu księdzem. Wówczas swojej przyszłości inaczej sobie nie wyobrażałem. Ale pocieszaliśmy się, że mamy prymasa, który nas obroni.

15_rm_fot_3.PNG

Msza ­Bożego ­Ciała ­w ­1953­r. ­Z ­prawej ­kleryk ­Jan ­Sikorski. Archiwum­ ks. ­J. ­Sikorskiego

Bronił?

Miałem z nim bardzo ciekawe spotkanie, w pewnym sensie bliskie, ponieważ zostałem wyznaczony jako młody kleryk do asysty na procesji Bożego Ciała 4 czerwca 1953 r. Chociaż miałem dopiero 17 lat, chodziłem już w sutannie i udawałem księdza. Niosłem więc dostojnie pastorał przed kardynałem Wyszyńskim, który trzymał monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Miałem wtedy okazję wejść na stopnie ołtarza przy kościele św. Anny w Warszawie, z którego prymas mówił kazanie. Stałem od niego w odległości 1,5-2 m i widziałem z bliska, z jakim przekonaniem i mocą przemawiał do tłumu wiernych. Słuchano go z wielkim entuzjazmem. Wtedy nie oklaskiwano, bo dopiero przy papieżu pojawił się ten zwyczaj, ale ludzie bardzo go słuchali. On pięknie mówił. Takie tłumy można było zobaczyć na uroczystości katolickiej tylko tego dnia. Inne tłumy brały udział w propagandowych masówkach.

15_rm_fot_4.PNG

Święcenia ­kapłańskie­ Jana ­Sikorskiego ­z ­rąk ­prymasa ­Wyszyńskiego.­  

Archiwum ­ks.­ J. Sikorskiego

Co mówił wtedy ksiądz prymas w kazaniu, uznawanym za jedno z najostrzejszych, którego – według jego zapisków – słuchało wtedy około 200 tysięcy wiernych?

Mówił wtedy twardo: Kościół, jak niegdyś, przed wiekami, tak i w ojczyźnie naszej przez biskupów swoich musi bronić i bronić będzie – nawet do oddania własnej krwi – wolności kapłaństwa Chrystusowego, bo ta obrona oznacza obronę wolności sumienia, bo ta obrona oznacza zarazem obronę głębin kultury ducha. Rozumie to Kościół cały. Rozumieją to również ludzie poza Kościołem, choćby najbardziej niekatolicko postępowi. I dlatego też naród polski broni religii i swego kapłaństwa od zbiurokratyzowania. Uważał i uważa etatyzację duchowieństwa za największą krzywdę, za pogwałcenie najbardziej istotnych praw sumienia człowieka. A świadectwo takiego rozumienia rzeczy mamy nawet w słowach najbardziej radykalnych rewolucjonistów, gdyż i oni dochodzili do wniosku, iż choćby wszystkie objawy życia były zetatyzowane, to nie wolno sięgać do duszy kapłana, bo to byłoby największym barbarzyństwem. Nie wolno sięgać do ołtarza, nie wolno stawać między Chrystusem a kapłanem, nie wolno gwałcić sumienia kapłana, nie wolno stawać między biskupem a kapłanem. Uczymy, że należy oddać, co jest cezara, cezarowi, a co Bożego – Bogu. Ale gdy cezar siada na ołtarzu, to mówimy krótko: nie wolno!. Tym kazaniem bez wątpienia naraził się komunistom. Mówił o cezarze, ale to brzmiało, jakby mówił o carze, że nie pozwoli siadać carowi na ołtarzu. Mówił to z takim przekonaniem, jak człowiek niezłomny.

Kilka miesięcy później został aresztowany, mimo porozumienia podpisanego w 1950 r. z rządem...

On jednoznacznie upominał się o należne prawa. Nawet później dowiedziałem się, że krytykowano go w Watykanie za to porozumienie, że dogadał się z komunistami. Jednak później słyszałem na własne uszy, jak mówił, że wiedział, że komuniści nie będą przestrzegać tego porozumienia, ale w dyskusjach z nimi musiał mieć jakiś prawny punkt odniesienia. To porozumienie stanowiło więc dla prymasa jakiś argument, do którego jednak władza się nie stosowała, choć on reagował, pisał w tej sprawie memoriały do władz.

Po pięciu miesiącach funkcjonowania tej ugody z rządem prymas napisał wspólnie z kardynałem Sapiehą list do Bieruta, akcentując, że okres „po zawarciu porozumienia zaznaczył się wzrostem tempa likwidacji społecznych instytucji i urządzeń Kościoła”. Ten kompromis był zwycięstwem prezydenta Bieruta, który oszukał biskupów. Jednak smutne jest w tym wszystkim także to, że hierarchowie zobowiązali się do lojalności wobec władz i potępili broniących chrześcijańskich wartości Żołnierzy Wyklętych. W ósmym punkcie porozumienia Episkopatu z rządem czytamy: „Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”. Bez wątpienia był to duży cios dla coraz bardziej osamotnionych żołnierzy czy organizującej się młodzieżowej konspiracji i wspierających ich w walce o niepodległą Polskę duchownych.

Wtedy mogło to tak wyglądać, jednak proszę sobie wyobrazić, że sama sprawa Żołnierzy Wyklętych w naszej świadomości jakby nie istniała. Mówię tutaj o sobie, bo choć byłem dobrze zorientowany w tym, co się w Polsce działo i sam naklejałem wiersze patriotyczne na słupach ogłoszeniowych, to jednak o ówczesnej walce niepodległościowego podziemia się nie wiedziało. Skąd mieliśmy o nich wiedzieć? Słuchało się rozgłośni z Madrytu czy Londynu, ale to było niejasne. To nie przenikało do świadomości. Nagłaśniane propagandowo były natomiast sądowe procesy żołnierzy podziemia. Pamiętam np. proces pułkownika Rzepeckiego. Jednak z tych informacji niewiele można było zrozumieć, bo pisano o jakiejś współpracy z Niemcami, zabójstwach, szpiegostwie… Nie było alternatywnego źródła informacji dotyczących żołnierzy podziemia, tym bardziej, że oficjalnie mówiono, że cały czas są obecne po lasach jakieś groźne bandy niemieckie, a do tego WiN, NSZ… To wszystko było pomieszane, w jakimś takim zamęcie i z przekazem, że jak ktoś strzela do władzy, to trzeba go za to potępić. Czuło się w tym fałsz. Nie znaliśmy jednak prawdy. Pytanie – jaką wiedzę miał na ten temat ksiądz prymas

Jak ksiądz przyjął aresztowanie prymasa?

To był szok. Nikt z nas tego w swojej wyobraźni nie przewidywał. To była postać tak mocna, że wydawało się, że nietykalna. Pamiętam, jak po aresztowaniu na pierwszym wykładzie profesor powiedział, że jest dramatyczna sytuacja, trudne chwile dla Polski i Kościoła, ale my musimy robić swoje. Przeżegnał się i zaczął wykład. W seminarium na Krakowskim Przedmieściu byliśmy przez płot z Pałacem Prezydenckim. Jak oni mieli jakieś przyjęcie w ogrodach, to do nas docierały ich przemówienia. Po aresztowaniu prymasa biskupi zebrali się koło seminarium i podpisali zgodę, że sekretarzem episkopatu będzie łódzki biskup Michał Klepacz.

15_mr_fot_4.PNG

Warto tutaj dodać, że to przedstawiciele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zasugerowali hierarchom, aby właśnie biskup Klepacz stał się następcą prymasa Wyszyńskiego. Polscy biskupi trzy dni po aresztowaniu prymasa oficjalnie zakomunikowali: „Episkopat Polski nie będzie tolerował wkraczania na drogę szkodzenia Ojczyźnie”. W ten sposób odcięli się od prymasa?

Władze naszego seminarium nie komentowały tego, ale my, jako klerycy, byliśmy w opozycji do takiego zachowania biskupów, krzywo na to patrzyliśmy. Spontanicznie to potępialiśmy. Nawet było takie powiedzenie między chłopakami w seminarium: „ty, nie klepaczuj się”, co oznaczało – nie współpracuj, z kim nie trzeba. Już wtedy mieliśmy wiadomości na bieżąco z Radia Wolna Europa, że po tym aresztowaniu było poruszenie na świecie, a w Paryżu protestowano przez wywieszenie wielkiego portretu prymasa.

Bp Michał Klepacz

Fot. Wikipedia

Koledzy w seminarium mieli patriotyczne poglądy?

Tak. Wydawało mi się, że wszyscy. Wiedzieliśmy, że będziemy posługiwać w trudnych czasach, że czeka nas niełatwa droga. Ale jakoś w seminarium nie przygotowano nas na to na specjalnych kursach. Profesorowie byli spokojni. Nie tworzyli poczucia jakiejś histerii. Wymagali od nas solidnej wiedzy. Nie było żadnej taryfy ulgowej.

Docierały do was informacje, gdzie i w jakich warunkach jest więziony prymas?

Nic. To była absolutna tajemnica. O Rywałdzie, Stoczku nic nie wiedzieliśmy. Pierwsze, co usłyszeliśmy, to nazwa – Komańcza, że ktoś do niego tam jeździł. To pokazywało, że już jest inaczej, lepiej. Była jakaś nadzieja na zmianę

15_mr_fot_5.PNG

Rozmowa ­z ­prymasem­ Wyszyńskim.­

Archiwum ­ks.­ J. ­Sikorskiego

Bieszczady.PNG

Bieszczady, ­zbocza ­Birczy, ­w ­oddali ­zabudowania ­klasztoru ­sióstr nazaretanek

w­ Komańczy,­ lata­50. ­Fot. ­NAC

Ksiądz pięknie zapisał się w tej historii, kiedy dotarł do uwięzionego w Komańczy prymasa. Proszę opowiedzieć, jak to było?

Mieliśmy kursowy obóz w Murzasichlu, dziś byśmy to nazwali integracyjną wy[1]cieczką. Miałem pewien pomysł z kolegą Jerzym Chowańczakiem, który był moim dobrym przyjacielem; od ponad dwudziestu lat już nie żyje. Byliśmy ubrani w białe tenisówki i zetempowskie koszule, bo one były najbardziej turystyczne. Nie mieliśmy ze sobą plecaków, płaszczy przeciwdeszczowych czy nawet kocy. Po prostu swetry, chlebaki i w nich brewiarze, bo byliśmy już starszymi klerykami, więc odmawialiśmy brewiarz. Powiedzieliśmy przełożonym, którzy po kursie wracali do Warszawy, że my w dwójkę pójdziemy sobie trochę na wschód. I poszliśmy. Komańcza była w Bieszczadach, a one były jakąś legendą. Do dzisiaj mam mapę, którą się kierowaliśmy, idąc przez Szczawnicę, Rytro, Muszynę do Krynicy. Tam nas nastraszyli, że w lasach są żmije, a w Bieszczady można iść tylko w grupie 20 osób, z lekarzem i surowicą. Tam nie było szlaków turystycznych i z kijami w rękach się przedzieraliśmy. Nie mieliśmy nawet kompasu.

Komancza klasztor.PNG

Klasztor  ­nazaretanek ­w ­Komańczy, ­lata­50. ­

Fot.­ NAC

Szliście „na czuja”?

Na czuja. Nieraz cały dzień nie widzieliśmy człowieka. Podam taki przykład: mieliśmy na mapie miejscowość Polany i widzimy, że chłop kosi siano i pytamy, gdzie są Polany, a on mówi, że tu dużo polan – tam, tam i tam, ale o miejscowości Polany to on nie słyszał. Pamiętam piękne małe cerkiewki, na których jeszcze wisiały chorągwie, z ikonami w środku. W jednej otworzyliśmy brewiarz i zaczęliśmy śpiewać na chwałę Bożą, aby swoją modlitwą ją ożywić. Trafiliśmy do Jaślisk. I tam był drogowskaz do Komańczy. W Jaśliskach gościł nas ksiądz proboszcz, choć gościł to może nie najlepsze określenie, bo on się bardzo bał. My przyszliśmy w nocy i on całą noc nie spał. Patrzył na nas rano podejrzliwie. Zaprowadził na mszę do sióstr zakonnych i patrzył, jak „chodzimy” koło mszy. Wtedy zobaczył jak służymy, że jesteśmy klerykami. Potem się z nim nawet za[1]przyjaźniliśmy i on zrobił nam nawet zdjęcie przy drogowskazie.

Jak dostaliście się do prymasa?

Cudem. Szliśmy i patrzymy, że na drodze do Komańczy jest szlaban i żołnierze, którzy zatrzymywali ludzi. Uciekliśmy do lasu i tam zastanawialiśmy się, co robić. Zobaczyliśmy, że żołnierze przepuścili siostrę zakonną z pakunkami. Pomyśleliśmy, że ona idzie do klasztoru. Doszliśmy do niej okrężną drogą i zapytaliśmy, czy jej nie pomóc nieść bagaże. Powiedzieliśmy jej, że jesteśmy klerykami i idziemy odwiedzić kolegę z seminarium, bo wiedzieliśmy, że on jest w Komańczy. To był syn siostry prymasa – kleryk Włodzimierz Sułek. Siostra, gdy byliśmy już blisko klasztoru, podziękowała nam i sama wzięła pakunki, więc my zadzwoniliśmy do klasztoru, że przyszliśmy do kolegi. Siostra na furcie jeszcze przekręciła moje nazwisko na Sikorę. Po długim oczekiwaniu Włodzio wreszcie przyszedł i mówi: „Wuj powiedział, abym nie wychodził do żadnego Sikory, bo to nie wiadomo, co to będzie”. A Włodzio był strasznie ciekawy, kto to przyszedł. On nas uwiarygodnił. Ksiądz prymas zszedł ze schodów i serdecznie się z nami przywitał. My wyglądaliśmy jak umorusani zetempowcy. Zaprosił nas na obiad i wspólnie zjedliśmy posiłek. Była miła rozmowa, później prymas powiedział nam: „Słuchajcie, musicie uciekać, bo ostatni pociąg niedługo wyjeżdża, a moi towarzysze, którzy mieszkają na piętrze, już o was wiedzą”. To byli ubowcy. Skąd o nas wiedzieli – nie wiem. On nas z Włodkiem i jego mamą odprowadzili na stację Komańcza Letnisko. Wręczył nam jeszcze po czekoladzie, co było dla nas sensacją, bo my tylko czekoladę na obrazku oglądaliśmy.

Klerycy.PNG

Klerycy ­Jan­ Sikorski­ i ­Jerzy ­Chowańczak ­w ­drodze ­do ­Komańczy.

Archiwum ­ks. ­J. ­Sikorskiego

Ksiądz rozmawiał z prymasem?

Zadałem mu pytanie przy obiedzie: „Jak długo tu jeszcze ksiądz biskup będzie?”. Odpowiedział: „Oj. kochani, nieprędko mnie stąd wypuszczą, bardzo mnie tutaj kochają, więc przytrzymają mnie jeszcze długo”. Dalsza rozmowa była bardziej taka kurtuazyjna i opowiadaliśmy o naszej wędrówce do Komańczy. On wtedy powiedział, że już pozwolono mu iść na pocztę i dlatego mógł nas odprowadzić na stację kolejową. Na pożegnanie zrobił w naszą stronę wielki znak krzyża.

Bezpieka was śledziła?

Nie wiem, nie oglądałem się. Wskoczyliśmy do pociągu od strony lokomotywy. W pociągu wopiści doszli do nas, kiedy minęliśmy już tabliczkę „Strefa nadgraniczna”. Nic nam nie mogli już zrobić. Pokazałem legitymację Uniwersytetu Warszawskiego, bo wtedy byliśmy wydziałem tej uczelni. Żołnierze nie zadawali żadnych pytań. Później prymas wręczył nam przez Włodzia po obrazku z osobistym podpisem i datą naszej wizyty w Komańczy. Gdzieś mi się zawieruszył, ale kiedyś go znajdę. Co ciekawe, że nigdy ksiądz prymas nie nawiązywał do tej wizyty podczas spotkań z nami w seminarium. Również Włodka nie faworyzował w żaden sposób, mimo że był jego rodziną.

Opowiadaliście kolegom o spotkaniu w Komańczy?

Na początku nie. Potem nasz prefekt, a późniejszy biskup Kazimierz Romaniuk, powiedział, że rektor miał do niego pretensje, że zgubił kleryków, którzy nie dojechali do Warszawy i gdzieś się pałętali. Ale ja tego nie drążyłem.

Prymas jesienią 1956 r. odzyskał wolność...

…i to był naprawdę jego wielki, wielki tryumf, bo wyszedł na swoich warunkach wobec władzy. Gdziekolwiek się pokazał, wszędzie się pojawiały tłumy. Jego obecność powodowała wielki entuzjazm. Nawet jego samochód, a miał takiego dużego forda, ludzie podnosili i nieśli jak w lektyce. Kiedy byłem wikarym w kościele św. Michała na Mokotowie, to ksiądz prymas był zapraszany – i choć długie kazania mówił, to ludzie słuchali cierpliwie. Potem jadł obiad i ludzie jeszcze długo czekali przed plebanią, aby go oklaskiwać i mu dziękować.

Procesja Piekary Śląskie.PNG

Prymas­ Stefan­ Wyszyński ­(centrum ­kadru )­podczas ­procesji pod ­bazyliką

­Najświętszej Marii Panny ­i­ św.­ Bartłomieja­ w­ Piekarach ­Śląskich, ­22­maja­ 1966­r.

­ Fot. ­AIPN

Kim był dla Polaków?

Ogromnym autorytetem. To było widać zwłaszcza na tle partyjnych pierwszych sekretarzy, tych różnych działaczy wysokiego szczebla, tej propagandowej nowomowy, gdzie tak międlili tę polszczyznę. Wtedy tak myślałem, że tyle bzdur mówią w radiu, żeby tak kiedyś prymasa puścili. I pozwolili mu mówić tylko raz – kiedy po wyjściu z więzienia składał życzenia w radiu przed Bożym Narodzeniem. To były życzenia bardzo wyważone, aby nikogo nie urazić. To była sensacja. Miał spokojny, głęboki głos. Kiedyś pojechałem ze studentami na Jasną Górę i oni zobaczyli tam rzesze innych katolików i zdziwili się, że jest ich tak dużo w Polsce. Wtedy zrozumiałem, jak mądra była postawa prymasa, który ożywiał wiarę poprzez pielgrzymki, spotkania. On umacniał wiarę w ludziach. Przeskoczę trochę do czasów soboru, gdzie była taka postawa polskiej katolickiej inteligencji, że przy takich tęgich zachodnich umysłach i szkołach teologicznych polski kardynał mówi, że w Polsce tylko się modlimy. Z takiej perspektywy pokazywano kardynała Wyszyńskiego, że on taki trochę nienowoczesny. I tak się trochę temu może ulegało, ale do momentu, gdy się z nim ktoś spotkał i wysłuchał, co miał do powiedzenia. Wtedy wątpliwości pryskały. On kochał nas, kleryków. Pamiętam, jak spotkaliśmy się w jego domu prymasowskim, wszyscy w czarnych sutannach, taka chmara, a on wszedł, uśmiechnął się i powiedział: „Młody las”. Od razu człowiek zmieniał to spojrzenie wobec propagandy, jaka nas otaczała.

Jaki był?

On był wyjątkowy, ale i zupełnie normalny. Na spotkaniach był i śmiech, i zupełnie poważne rozmowy. Pamiętam, jak w czasach Gierka, który mówił inaczej i zaczynało być lepiej w Polsce – była taka zmiana klimatu, że będąc pod wpływem tej atmosfery powiedziałem do prymasa, że już teraz to optymistycznie wygląda. On do mnie wówczas powiedział: „Słuchaj, im się nie wierzy”. Byłem tymi słowami zdziwiony, nawet zniesmaczony. Jak to, to też są ludzie. Czas jednak pokazał, że to była głęboka prawda. Prymas znał komunizm jeszcze przed wojną. Sam o tym pisał, prowadził jako profesor wykłady z nauki społecznej Kościoła we Włocławku. Znał to doskonale. Był bardzo świadomy, czym jest komunizm. Papieże o tym pisali. Jest encyklika Piusa XI z 1937 r. „O bezbożnym komunizmie”. Mimo to część narodu była otumaniona, pamiętamy te czerwone krawaty, pochody 1-majowe, masówki w zakładach pracy, gdzie wszyscy bili brawo. Ludzie byli otumanieni, a prymas wiedział, o co chodzi. Był przedmurzem chrześcijaństwa. Inni kardynałowie w państwach komunistycznych byli prześladowani, ale żaden z nich nie miał takiej pozycji, jak kardynał Wyszyński. On był niezachwiany, stabilny jak taki kołek stojący w rzece, którego nie przewraca napór wody. Był takim jedynym przyczółkiem zachodniej kultury w państwie komunistycznym.

Święcenie Sikorskiego.PNG

Prymas ­Wyszyński ­i­ bp. ­Antoni ­Baraniak

Fot. ­NAC

Prymas był człowiekiem głębokiej wiary?

Zawierzył wszystko Matce Bożej i z taką dziecięcą ufnością Jej wierzył. Był Jej oddany bez reszty, jak zresztą był oddany papieżowi i Kościołowi. Wplatał w swoje przemówienia to, co odmawiał w brewiarzu. Jego życie wewnętrze było oddane Bogu i to z niego promieniowało na wszystkich wokół. Przecież bliskie mu osoby zwracały się do niego „ojcze” – i on się przed tym nie bronił.

Jak ksiądz się do niego zwracał?

Księże prymasie, księże kardynale – tak na przemian. Ojcze – mówiły do niego osoby współpracujące z nim na co dzień.

A jak prymas to wszystko niósł na swoich barkach – przecież miał ciągle wrogo do siebie nastawioną władzę, problemy z rozbiciem jedności Kościoła, z księżmi patriotami, naciskami z kręgów liberalnych, problemy z budowaniem świątyń i zwykłe troski, wynikające z codziennego kierowania polskim Kościołem? Jak dawał temu radę?

Co więcej, przecież później dowiedzieliśmy się, że był takim w pewnym stopniu „papieżem” na cały blok wschodni. On to koordynował i potajemnie wyświęcał biskupów na tamte kraje. Wiedzieliśmy, że przyjeżdżali do niego księża ze Wschodu. Miał autorytet, choć nie wszyscy patrzyli w niego jak w obrazek, nawet wśród polskich biskupów, zwłaszcza ci, którzy się tak wystraszyli po jego aresztowaniu, gdy władza im zakomunikowała, że jak będzie chciała, to biskupów w Polsce nie będzie. Była moja osobista fascynacja jego osobą, ale też i moich kolegów księży. Ona była powszechna.

Cichym bohaterem aresztowania prymasa był więziony i torturowany na Rakowieckiej jego sekretarz, bp Antoni Baraniak, który mimo ponad 145 przesłuchań nie obciążył go w śledztwie. Dzięki jego wspaniałej i niezłomnej postawie nie było w Polsce procesu prymasa Wyszyńskiego, który z pewnością wykorzystałaby komunistyczna propaganda, aby zniszczyć jego autorytet i rozpalić antykościelną ofensywę. Dla mnie bp Baraniak był taką tarczą. Brał na siebie silne uderzenia, aby ocalić swojego zwierzchnika, który później uważał Baraniaka za prawdziwego męczennika. Czy ksiądz zetknął się biskupem Baraniakiem?

Kiedyś przenosiliśmy rzeczy prymasa z alei Szucha na Miodową. Wtedy się spotkałem jeszcze z księdzem Baraniakiem. On był wówczas młody i energiczny. Wiedzieliśmy w seminarium, że był prześladowany. Potem, już po więzieniu, jak go zobaczyłem, to bym go nie poznał. On wyglądał jak wymizerowany starzec. Był strasznie wyniszczony. Przez radio słuchaliśmy procesu biskupa Kaczmarka i wiedzieliśmy, że jego zeznania, które miały uderzyć też w episkopat, były wymuszane farmakologicznie.

Był to pierwszy i jedyny taki pokazowy proces biskupa w PRL. Bp Kaczmarek dostał wysoki wyrok 12 lat więzienia. Prymas go bronił, ale koledzy biskupi go potępili, a duchowni się odwrócili. Osamotniony bp Kaczmarek przeszedł ciężkie śledztwo, w którym załamał się. Był izolowany do tego stopnia, że nie powiadomiono go nawet o śmierci matki. Dostawał w więzieniu zastrzyki, o których mówił, że „wprowadzały go w obłęd i bezmyślność” – i mogli robić z nim, co chcieli. Po latach wspominał, że na Rakowieckiej musiał odpowiadać na pytania, kilkakrotnie zanurzany po szyję w ludzkich ekskrementach. Można powiedzieć, że stalinowska władza, izolując hierarchów, przez wzbudzany strach osłabiała katolickie społeczeństwo, zastraszała i dezintegrowała duchowieństwo.

Ciekawe było to, że prymas był jednak wyrozumiały dla uległych wobec władzy tzw. księży patriotów. On z nimi rozmawiał i nie wyciągał nawet konsekwencji. Oni podkulali ogon, ponieważ wiedzieli, że zachowali się wobec niego nielojalnie.

Ksiądz spotykał się z prymasem?

Miałem zostać ojcem duchownym w seminarium, czyli takim duchowym powiernikiem kleryków. To ważna funkcja, bo jakby bastion życia duchowego przyszłych księży jest w rękach kapłana. Nie chciałem tej funkcji. Mój proboszcz z kościoła św. Michała, ks. Piotrowski, był takim wikariuszem generalnym i jako prawa ręka prymasa Wyszyńskiego zarządzał diecezją. W jego imieniu zaproponował mi funkcję ojca duchowego. Broniłem się i mówiłem mu, że w życiu tego nie przyjmę. On mi to później powtórzył jeszcze dwa razy, i że ksiądz kardynał chce ze mną porozmawiać. Byłem wtedy, jako wikary z dużą samodzielnością, pochłonięty duszpasterstwem, spotkaniami ze studentami, młodzieżą, dziećmi pierwszokomunijnymi. Miałem zakres działania bardzo szeroki. Poszedłem na to spotkanie do kardynała, będąc bardzo „na nie”. On poświęcił mi dużo czasu. Mówił dużo o wakacjach, górach, Gorcach. To była bardzo miła i serdeczna rozmowa. W końcu jednak powiedział: „Słuchaj, jest taka sytuacja, mam pewną propozycję. Bardzo bym prosił, abyś przyjął taką funkcję”. Oczywiście, mógł mi to rozkazać – i bym musiał przyjąć i odmaszerować. I nawet słówka bym nie pisnął. Jednak on był bardzo serdeczny, wyrozumiały, więc zgodziłem się. Miał w sobie ciepło charakteru i majestat.

Był też ksiądz wyświęcony z rąk prymasa...

Tak, to było takie seryjne wyświęcenie. Stało nas prawie czterdziestu w kolejce i każdy musiał kilka słów formalnie zamienić. To było sympatyczne, choć dla niego męczące. On widział w nas swoje zaplecze. I kiedy zaangażowałem się w stanie wojennym w pomoc internowanym na Białołęce, to robiłem to bez żadnego strachu czy lęku przed ZOMO. To on uczył nas tej śmiałości i pewności działania. To przenikało od niego. Nie robią też na mnie wrażenia wysokie stanowiska, do których zawsze miałem duży dystans.

święcenie sikorskiego dobry.PNG

Święcenia ­kapłańskie ­ks. ­Jana ­Sikorskiego

Archiwum ­ks. ­J. ­Sikorskiego

Co jest dziś aktualne z jego postawy czy przesłania?

Miał niezłomną postawę wobec komunizmu, który mu bardzo doskwierał. Był konsekwentny w działaniu. Dziś mężczyźni są zmienni – i w duchowieństwie też się to spotyka. Trzeba podjąć misję we współpracy z łaską Bożą. On byłby aktualnym patronem tej konsekwencji wierności. Wierności Panu Bogu, Kościołowi i papieżowi, która również dziś jest podważana. Pamiętam, jakie tłumy garnęły się do jego trumny. Ludzie czekali godzinami. Nie zapomnę tych twarzy. Towarzyszył temu nawet po jego śmierci duży spokój i porządek. To też było jego zwycięstwo. To było poczucie, że odszedł naprawdę ktoś wielki. Był przywódcą narodu w walce z komunizmem, choć może już dziś nie chcielibyśmy go widzieć tylko w tej roli, ale szerzej, w jego duchowości. Nieprawdopodobna była jego maryjność. Był też prorokiem, który widział przyszłość. Fascynujemy się dobrobytem, a on widział to w perspektywie łączności z Jezusem i Jego Matką.

Prymas zostawił po sobie piękną kartę swojego życia, a przecież wybrano po raz pierwszy na papieża Polaka, jego bliskiego współpracownika, na którego również miał wielki wpływ i przekazał mu pałeczkę opieki nad polskim Kościołem na bardzo trudny czas.

Dokładnie – i Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że nie byłoby go na tronie papieskim, gdyby nie wiara i moc kardynała Stefana Wyszyńskiego. Papież to jasno stwierdził. Prymas codziennie dawał świadectwo żywej wiary. Jest patronem wierności do niezachwianego zaufania Bogu. Może dzięki tej beatyfikacji pójdą wzmożone modlitwy do Boga o stabilność naszego życia, opartego jednak o wiarę.

 Mówił do różnych warstw społecznych…

I wszyscy go słuchali. On mówił kazania w ten sposób, że mówił najpierw teologicznie o relacjach, jakie są w Trójcy Świętej, czego wszyscy bardzo cierpliwie słuchali. Później, w drugiej części, przekładał to na codzienność, gdzie jednym, dwoma słowami pokazywał, że doskonale wie, co się dzieje. Dawał znak, że doskonale rozumie bieżącą sytuację. Przecież w swoich kazaniach bardzo często cytował go ks. Jerzy Popiełuszko – i to było wszystko aktualne. Ksiądz kardynał nie sformułował tych słów, ale doskonale oddał je Jan Paweł II w kazaniu w Gdańsku w 1987 r.: „Mówię o was i za was”. Ludzie to wchłaniali jak świeże, ożywcze powietrze. On otwierał oczy i serca na inny świat. On miał wizję 1000-lecia polskiego narodu i kiedyś w seminarium powiedział, że będziemy księżmi tysiąclecia. Aż jęknąłem, jak to usłyszałem, bo myślałem, że to będzie nie wiadomo kiedy, a on to mówił dziesięć lat przed obchodami 1000-lecia chrztu Polski, w 1966 r. On wymyślił genialną Wielką Nowennę. On jednoczył naród w modlitwie. Przecież kiedy władze aresztowały pielgrzymującą po Polsce kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, to zamiast ikony wożono samą ramę, co jeszcze bardziej ożywiło religijność Polaków, którzy przybywali tłumnie, aby to zobaczyć. To też był świetny pomysł prymasa. My dziś cierpimy, że nasz naród jest rozbity, a przecież za prymasa Wyszyńskiego był zintegrowany wobec najważniejszych wartości.

Może, jako Polacy, w ucisku lepiej funkcjonujemy, więcej od siebie wymagamy, a gdy mamy poczucie dobrobytu, nasza wiara słabnie i wartości, które nam wcześniej przyświecały, nie są już tak ważne?

Jak małe dzieci bawimy się coraz większą liczbą zabawek, korzystamy z przyjemności, aż dostajemy głupawki. Przestajemy przez to widzieć swoje życie w perspektywie wiary, Pana Jezusa czy Królestwa Bożego. To się wtedy zupełnie nie liczy, a jest ważne. Wiary i wartości trzeba strzec. Diabeł robi swoje i szydzi, gdy cierpimy, że Pan Bóg o nas zapomniał, a jak jest nam lepiej, to wtedy – po co ci Bóg, kiedy jest ci tak dobrze. A później, jak się coś stanie, to jak trwoga, to do Boga. Na ten czas prymas jest patronem ocalenia wiary, wierności Bogu i Kościołowi oraz miłości do Matki Najświętszej.

Pogrzeb.PNG

Pogrzeb ­Prymasa ­Tysiąclecia.

Archiwum ­ks. ­J. ­Sikorskiego

Pogrzeb2.PNG

Pogrzeb ­Prymasa ­Tysiąclecia, ­obok ­sztandaru ­„Solidarności”­ stoi ­ks. ­Jerzy ­Popiełuszko.

Archiwum ­ks. ­J. ­Sikorskiego