XPawilon_p.png

Najbardziej ponurą sławę zyskał Pawilon X, podlegający Departamentowi Śledczemu MBP. Znajdujące się w nim cele (26-27 na każdym piętrze) miały wymiary ok. 2 na 3,5 m. W okresie międzywojennym przeznaczone były dla jednej osoby. W okresie stalinowskim siedziało w nich od sześciu do ośmiu osób. W każdej celi, w rogu przy drzwiach, stał niczym nieosłonięty sedes z bieżącą wodą. Pod sufitem znajdowały się małe okna z solidnymi kratami, dodatkowo zabezpieczone od zewnątrz grubą blachą, zwaną blindą. Łóżek w celach nie było – więźniowie spali na siennikach rozkładanych na betonowej podłodze.

Wszystkich więźniów budzono już o godz. 5 rano. Myli się w sedesie. Kilka minut po pobudce odbywał się poranny apel, podczas którego stali na baczność pod ścianą. Po apelu pozwalano zabrać ubranie i buty, które po wieczornym apelu wystawiano na korytarz. Około 6 rano rozdawano więźniom śniadanie, na które składały się kubek zbożowej kawy i kawałek chleba.

Od godz. 7 rozpoczynały się przesłuchania. Nigdy nie było wiadomo, kto będzie na nie wezwany, a samo wyczekiwanie było dodatkową formą tortury psychicznej.

Teoretycznie przesłuchania trwały do godz. 15. W praktyce porę wybierali sami oficerowie śledczy i to oni decydowali, czy śledztwo będzie trwało cztery czy dwadzieścia cztery godziny. 

Więźniów przebywających w Pawilonie X nie wyprowadzano na spacery. Nie byli również prowadzani do łaźni, na pierwszą kąpiel mogli liczyć dopiero po przeniesieniu do Pawilonu Ogólnego.

Do jesieni 1949 r. przesłuchania odbywały się na ostatnim piętrze Pawilonu X, z którego bardzo często dochodziły krzyki torturowanych. Potem przeniesiono je do specjalnie w tym celu wybudowanego pawilonu, nazwanego przez więźniów Pałacem Cudów, który z Pawilonem X łączyło podziemne przejście. Znajdujące się w nim pokoje przesłuchań wyposażono w specjalną izolację akustyczną i wygłuszone drzwi, aby nie było słychać krzyków. Jeden z torturowanych tam więźniów wspominał: „Bito mnie pięściami i linijką – po twarzy i po rękach, bito metalowym prętem w nogi pod kolana. Jak mięśnie zdrętwiały i padałem, podnoszono mnie kopniakami. Kopano, gdzie popadło, najchętniej w krocze. Kiedy moi oprawcy stwierdzili, że bicie już na mnie nie działa, sięgali po inne sposoby. Wiązano mi ręce oraz nogi i sadzano na haku, w ten sposób, że plecami opierałem się o ścianę, a wyciągnięte, skrępowane nogi opierano o taboret. Boże, cóż to za koszmarna tortura. Cały ciężar ciała spoczywa na centymetrowej grubości końcówce wbitego w ścianę i zagiętego – w pewnej odległości i pod kątem prostym – żelaznego haka. W dodatku sadzają cię tak, żebyś opierał się na kości ogonowej. Nawet niewielkie poruszenie powoduje, że hak wbija się w odbytnicę. Ile razy ja przy tej operacji mdlałem...”.

Wymuszone torturami zeznania były podstawą do przygotowania aktu oskarżenia i zamknięcia śledztwa. Rozprawy odbywały się bardzo często na terenie więzienia. W żargonie więziennym nazywano je „kiblówkami”, przeprowadzano je bowiem w celach, a oskarżony siedział zazwyczaj na sedesie, przez więźniów zwanym „kiblem”. Rozprawy były tajne i nieraz odbywały się bez udziału obrońców. 

Bohater Bitwy o Anglię, mjr Stanisław Skalski, po prawie dwóch latach śledztwa sądzony w procesie „kiblowym”, opowiadał: „Pamiętam, był Wielki Piątek. Jak mnie wywołali z celi, akurat oddziałowy wydawał obiad. Zdążyłem go wziąć, ale nie zdążyłem zjeść. »Prędzej, prędzej«, ponaglał strażnik. Nawet nie wiedziałem, że idę na swój proces. Gdy wróciłem, zupa była jeszcze ciepła. Ile więc mógł trwać cały proces – pół godziny maksimum. Sądził mnie major Widaj. Do niczego w śledztwie, jak i na rozprawie się nie przyznałem. Jedyny świadek, jakiego wezwano – Władysław Śliwiński – też zaprzeczył, abym przekazywał mu jakieś wiadomości lub orientował się w jego szpiegowskiej działalności...

Mimo to ogłoszony wyrok brzmiał: Sąd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uznaje Stanisława Skalskiego, byłego majora WP, za winnego działalności szpiegowskiej na rzecz Stanów Zjednoczonych oraz Anglii i za to skazuje go na karę śmierci”.